Wyłączenie całej polityki zagranicznej ze sporu wewnętrznego nie jest możliwe. Ale sprawy Białorusi – już tak. Przecież nikt w Polsce nie popiera reżimu, który fałszuje wybory i broni się przed upadkiem, torturując i zamykając w więzieniach. Skutki dzisiejszych wydarzeń na Białorusi będą znacznie wykraczały poza jedną kadencję polskiego Sejmu.

Opozycja, rozmawiając z premierem Mateuszem Morawieckim o Białorusi, omawia sprawy, z którymi się kiedyś zetknie, odpowiadając za politykę zagraniczną, za Polskę. Spotkanie z udziałem przedstawicieli wszystkich partii, szefów kluczowych dla sprawy ministerstw (ale jeszcze bez nowego szefa dyplomacji, bo zaprzysiężony zostanie chwilę później) zaplanowano na środę. Co można zrobić? Wyliczyć to, co już się robi, i robić więcej, lepiej i – gdzie to możliwe – wspólnie.

W jakich dziedzinach należy pomagać Białorusinom: – to już zostało naszkicowane, również przez rząd. Spór w tej kwestii ma raczej charakter rytualny albo skupia się na szczegółach: skali czy organizacji pomocy.

Wszyscy się zgadzają, że

-  po pierwsze: trzeba wspierać ofiary represji, otworzyć dla nich granice, a tym, co nie będą chcieli lub mogli opuścić Białorusi, pomagać w ojczyźnie,

-  po drugie: rozwinąć program stypendiów dla studentów i naukowców,

-  po trzecie: uprościć zasady zatrudnienia, nie tylko dla studentów i naukowców,

-  po czwarte: pomagać finansowo i technicznie niezależnym mediom białoruskim oraz organizacjom pozarządowym, mającym podobne zadania jak niezależne od reżimu media.

Polscy politycy z partii rządzącej i opozycji powinni próbować sobie zaufać, ustalić szczegóły; skąd mają pochodzić pieniądze, jak kontrolować ich wydawanie. Przeznaczenie na wsparcie Białorusi sumy większej niż zapowiadane przez rząd 50 mln zł byłoby obiecującym efektem środowego spotkania.

To inwestycja nie na dziś, lecz na przyszłość. I to w kwestię o fundamentalnym znaczeniu – chodzi o to, byśmy mieli suwerennego, stabilnego i przyjaźnie nastawionego sąsiada. Jak w wizji zmarłego 20 lat temu Jerzego Giedroycia, którego imienia nagrodę przyznaje co roku „Rzeczpospolita".

Wspólny front potrzebny jest w podkreślaniu znaczenia sprawy białoruskiej wszędzie, gdzie się da. Poruszaniu jej na spotkaniach zagranicznych, rządowych i nie tylko. W każdym formacie, na każdej platformie. Nawet w Grupie Wyszehradzkiej nie wszyscy sprawiają wrażenie, że troszczą się o los buntującego się przeciw dyktaturze narodu w środku Europy, a im dalej od Białorusi, tym bardziej zainteresowanie maleje. Przypominanie, że Białoruś to nasza, europejska sprawa – to zadanie dla posłów do Parlamentu Europejskiego wszelkich opcji.

Sprawa jest europejska, ale nie oznacza to, iż obiecujemy Białorusinom, że otwieramy im drogę do UE, na Zachód. I że Polska jest mostem do lepszego świata. Doświadczenie z Ukrainą sprzed paru lat podpowiada: żadnych pustych haseł, obietnic, za które nie my zapłacimy. Poza tym żadnego okazywania „zachodniej wyższości" i żadnego przywoływania polskości części białoruskich ziem. To suwerenny kraj, którego obywatele wykazują się teraz odwagą i rozwagą. Dyktator może to wszystko zniszczyć.