Ministerstwa przygotowały plany wydatków budżetowych na rok 2009 – dodajmy, plany w wielu przypadkach wykraczające poza wytyczone ramy. Niektórzy ministrowie przekazali do Ministerstwa Finansów po kilka stron dodatkowych zadań, na które chcieliby dostać pieniądze. Na przykład minister zdrowia otrzymał 3,6 mld zł, a chciałby 6 mld zł, a minister gospodarki domaga się dodatkowo 1,5 mld zł. O zwiększenie limitu przyszłorocznych wydatków wystąpili również minister nauki i szkolnictwa wyższego oraz minister kultury i dziedzictwa narodowego.

I może nie byłoby w tym nic szczególnie dziwnego, gdyby koncert życzeń ministrów z gabinetu Donalda Tuska – zamiast odbywać się w świetle jupiterów – toczył się przy szczelnie opuszczonej kurtynie, w zaciszu gabinetów.

Stało się jednak inaczej. Szefowie resortów nie zachowali się jak ministrowie jednego rządu Rzeczypospolitej Polskiej, ale jak liderzy luźno ze sobą związanych wolnych resortów, którzy walczą o wyrwanie ze wspólnego budżetu jak największej sumy pieniędzy. W ten sposób w oczach swoich podwładnych – i wszystkich tych, którzy otrzymują fundusze z ich resortów – kreują się na dzielnych obrońców ich sprawy. A przy okazji, łudząc większymi wydatkami, podsycają populistyczne nastroje.

Podczas konstruowania budżetu państwa jak co roku górę nad Polską znów więc bierze Polska resortowa. A mogłoby się tak nie dziać, gdyby rząd był rządem, a ministrowie – jego członkami.

W osiągnięciu tego celu na pewno pomogłoby nałożenie na każdego szefa resortu – obok obowiązku określania, ile pieniędzy podatników i na co chce wydawać – obowiązku wskazywania (szczególnie w przypadku, gdy chce mieć do dyspozycji więcej pieniędzy, niż przewiduje przyznany mu limit), komu należałoby potrzebne jego resortowi pieniądze odebrać. Wówczas liczba Świętych Mikołajów szybko spadłaby do akceptowalnego poziomu.

Skomentuj na blog.rp.pl/gabryel