Nie łamiąc przy tym specjalnie ograniczeń prędkości. Ale kolejne 395 km – od granicy w Cieszynie – pokonałem w... 6 godz. 15 min. „Polska w budowie". Żeby budować, trzeba mieć za co.

Przez 925 km za granicą widziałem policyjne patrole cztery razy. W oznakowanych samochodach. Ani razu nie dostrzegłem policji z radarem. W Polsce na 395 km było ich sześć. I dwa w samochodach nieoznakowanych.

Od Piotrkowa do Mszczonowa popularna „gierkówka" jest rozkopana. W miejscach ograniczenia prędkości do 70 km/h niektórzy byli w stanie osiągnąć prędkość 40 – 50 km/h i tworzyły się korki. A w miejscach, gdzie przez kilkaset metrów droga nie była rozkopana i była szansa na wyprzedzenie... był znak ograniczenia prędkości do 70 km/h.

 

Najczęstsza przyczyna wypadków to u nas „nadmierna prędkość". Prędkość jest „nadmierna" nawet wówczas, gdy nie nastąpiło przekroczenie prędkości. Skoro był wypadek, to prędkość musiała być „nadmierna". A jak ktoś limit prędkości przekroczył, to zawsze podaje się jako przyczynę wypadku „nadmierną prędkość", nawet gdyby do wypadku i tak by doszło przy znacznie mniejszej prędkości.

Pamiętam miejsce, w którym kiedyś, gdy po drogach jeździły stare samochody bez pasów bezpieczeństwa, w których przewożono dzieci bez fotelików, ustawiony był znak ograniczenia prędkości do 60 km/h. Dziś w samochodach są ABS-y, ETS-y, kontrolowane strefy zgniotu, wyprofilowane zderzaki „bezpieczne" dla pieszych, poduszki powietrzne z przodu i kurtyny powietrzne po bokach. W tym samym miejscu stoi znak ograniczenia prędkości do 50 km/h.

Z taką prędkością jeżdżą tam cztery kategorie kierowców: a) mający powyżej 0,2 promila alkoholu we krwi (ale poniżej „bariery odlotu" – to znaczy tacy, którzy jeszcze zdają sobie sprawę z tego, że są wstawieni, i przestrzegają przepisów bardziej niż ci bez promili); b) mający powyżej 20 punktów – gdy każdy dodatkowy mandacik oznacza nowy egzamin; c) jeżdżący 50 km/h nawet tam, gdzie mogą jechać 70 km/h lub więcej; d) CB-radiowcy, którzy usłyszeli, że akurat „suszą".

Jeżdżąc tylko po Polsce, można to uznać za normalne. Porównując z zagranicą, trzeba to uznać za nienormalne.

Autor jest profesorem prawa, adwokatem i prezydentem Centrum im. Adama Smitha