Pomijam już fakt, że szykuje się ogólnonarodowa awantura dotycząca zawartości tej publikacji. Jestem gotów się założyć, że nie zadowoli ona nikogo.

W poważnym wymiarze merytorycznym i w wymiarze bardziej karykaturalnym. Czy chociażby w czasach, nazwijmy to, ożywionej dyskusji o roli kobiety, mężczyzny i rodziny w ogóle, można sobie wyobrazić bezbolesne umieszczenie tam zdania: „Mama ugotowała obiad"?

Ale merytoryka merytoryką, a pieniądze pieniędzmi. Premier podał w sobotę, że wedle wyliczeń rządu rodzice za tzw. boks dla pierwszoklasisty płacą dokładnie 249 złotych. Widać dałem się naciągnąć,  bo kiedy mój syn szedł do pierwszej klasy we wrześniu zeszłego roku, zapłaciłem znacznie więcej. Jedyna pociecha jest taka, że te podręczniki są świetne i niezmiernie jestem ciekaw, czy rządowa publikacja dotrzyma im kroku pod względem jakości.

W dodatku rząd zapowiada, że będzie opracowywał darmowe podręczniki dla kolejnych wyższych klas. Tylko coś tak czuję, że tempo edukacji mojego syna wyprzedzi tempo wprowadzania darmowych książek. Czyli do końca edukacji wczesnoszkolnej, to znaczy trzeciej klasy będę do tyłu o 750 złotych. Pytanie jak będzie dalej, czy rządowe reformy obejmą również kolejne, wyższe klasy i gimnazjum.

Rzecz jasna, zapłacę bez mrugnięcia okiem i pewnie nikt nie będzie walczył o zmianę sytuacji z taką determinacja jak matki pierwszego kwartału. Tylko zastanawiam się, czy naprawdę tak powinno być. Rząd szykuje coś w rodzaju edukacyjnej ulgi dla rodziców dzieci młodszych, nie mając żadnej propozycji dla rodziców dzieci starszych.

Oczywiście istnieje opcja radykalna – można pomóc dziecku zostać na drugi rok w tej samej klasie. Nieudany i ponury żart? Pewnie tak. Tylko pamiętajmy, że żyjemy w kraju, w którym masowo są wyłudzane wszelkiego rodzaju świadczenia, a przypadki kiedy dzieci rodzą się, bo rodzice dostają pieniądze z becikowego, wcale nie należą do rzadkości.