I bynajmniej nie dlatego, że – jak ćwierć wieku temu wyobrażali sobie przyszłość optymiści – wspólna pamięć narodów może przysłużyć się ich pojednaniu. Teraz przeszłość, a właściwie jej określona interpretacja, bywa aktem oskarżenia.
Brutalnie przekonują się o tym Ukraińcy, którzy do dziś nie uporali się z dziedzictwem swojego nacjonalizmu. Kiedy prawie dwa lata temu obchodziliśmy w Polsce 70. rocznicę rzezi wołyńskiej, głośno przypomniały o swoim istnieniu środowiska kresowe, wyrażając niezadowolenie z tego, że strona ukraińska nie chce uznać tamtego mordu za ludobójstwo. Nie szczędzą one słów krytyki obozowi politycznemu, który doszedł do władzy po Majdanie, zarzucając mu kult zbrodniarzy z UPA.
Każdy kij ma jednak dwa końce. I Kresowiacy, chcąc nie chcąc, stali się sojusznikami Kremla. Moskwa próbuje bowiem w kampaniach czarnego piaru dorobić neonazistowską gębę ukraińskiej elicie rządzącej i pogrążyć w ten sposób Kijów w oczach zarówno rozpamiętujących wielką wojnę ojczyźnianą Rosjan, jak i politycznie poprawnych ludzi Zachodu.
Kiedy jednak do „antyfaszystowskich" działań prewencyjnych zabiera się państwo, które samo ma trupa w szafie, to z pewnością brakuje mu na tym polu wiarygodności. A tak jest w przypadku Rosji. Bo i jej można zarzucić ludobójstwo, które pozostaje do dziś nierozliczone.
Wczoraj w Warszawie publicysta Tomasz Sommer przedstawił kopię wydanego w roku 1937 przez ówczesnego szefa NKWD Nikołaja Jeżowa rozkazu o tak zwanej operacji polskiej, czyli faktycznej zagładzie osób narodowości polskiej na terenie ZSRR. Były one rozstrzeliwane lub wysyłane do łagrów. Sowieci uważali wtedy Polaków – których w latach 1937–1938 zginęło około 200 tys. – za grupę narodowościową masowo zaangażowaną w szpiegostwo na rzecz II RP. Ale to wciąż w Rosji temat tabu.