Wypada jasno powiedzieć: instrument SAFE to efekt amerykańskiej presji na wzmocnienie zdolności obronnych Europy. Na reindustrializację, która jest warunkiem „wzięcia większej odpowiedzialności za własną obronność Europy”, czego domaga się Donald Trump. Waszyngton mówi o tym konsekwentnie i nie jest to tylko chwilowy kaprys obecnego prezydenta; reorientacja amerykańskiej polityki bezpieczeństwa w kierunku Indo-Pacyfiku została ogłoszona już za Baracka Obamy. Aktualna linia administracji USA nie jest więc niczym nowym.
W kwestii europejskiego instrumentu SAFE Amerykanie nie czują żadnego dyskomfortu. SAFE nie uderza ani w ich strategię, ani w wiążące obie strony Atlantyku kontrakty. Nie spotkałem się podczas zakończonej w niedzielę Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa z żadną pryncypialną krytyką SAFE ze strony niezwykle licznej delegacji USA (sekretarz stanu, 40 kongresmenów, liczna reprezentacja wojskowych). Wręcz odwrotnie, słyszałem w jego kontekście o nowych możliwościach współpracy.
Program SAFE jest uzupełnieniem amerykańskich kontraktów
Bo tak jest w istocie, SAFE to program dla europejskiej, także polskiej, obronności – komplementarny do już istniejących kontraktów. Kontraktów już zawiązanych oraz tych przyszłych, które z natury rzeczy (serwis, nowe generacje, update software) będą realizowane z partnerami amerykańskimi.
Czytaj więcej
Rozmowy z Marco Rubio na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa to początek resetu w relacjach...
Nie można jednak przymykać oczu na ryzyko, z którym wiąże się SAFE. I nie jest to wcale rzekome suplementowanie na nasz koszt niemieckiego czy francuskiego przemysłu zbrojeniowego. To, czego można się obawiać, to realna zdolność polskiego przemysłu obronnego do efektywnego wykorzystania kredytów. Czyli umiejętności wytworzenia odpowiedniej jakości produktów. Tu można mieć wątpliwości, bo PGZ, który będzie głównym beneficjantem finansowania, nie jest do końca wiarygodnym partnerem. Od dekad zmaga się z problemami kadrowymi, pracowniczymi, technicznymi i marnym zarządzaniem. Najlepszym przykładem jest skandalicznie opóźniony proces uruchomienia na potrzeby polskiej armii produkcji amunicji kalibru 155.