Konkurs na najmądrzejszy komentarz po wyborach na Węgrzech wygrał moim zdaniem prof. Sławomir Sowiński: „Klęska demokracji nieliberalnej nie oznacza sukcesu tej liberalnej. Wyzwania i słabości tej ostatniej pozostają. I pozostaje długa droga do ich pokonania” – napisał w poniedziałek rano na platformie społecznościowej X. Politolog podał szklankę zimnej wody każdemu, kto uważa to, co zdarzyło się w niedzielę nad Dunajem, za łatwy do skonsumowania sukces. A jeśli Péter Magyar jest zagadką? Przynajmniej dobrze byłoby go tak postrzegać. W myśl zasady: strzeżcie się Greków, nawet gdy niosą dary. A inaczej: przede wszystkim spokój i interesy. 

Po wyborach na Węgrzech PiS przekonał się, jak niewiele znaczy poparcie Donalda Trumpa

Sprawa zasadnicza: to były wybory na Węgrzech, a nie w Polsce. Koalicja rządowa popełni błąd, jeśli spocznie na laurach, uznając, że po Budapeszcie będzie – ponownie – Warszawa. Wiosną zeszłego roku można było zobaczyć w kinie film rumuńskiego reżysera Radu Jude – „Kontinental'25”. Główna bohaterka jest Węgierką, która w jednej ze scen tłumaczy niepogodzonej z życiem w Rumunii matce, że tak pogardzany przez nią Bukareszt może się dziś pochwalić PKB wyższym niż Budapeszt. Tylko tyle i aż tyle. 

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Viktor Orbán przegrał, ale warto zadać pytanie, dlaczego tak długo wygrywał

Ale nie da się zaprzeczyć temu, że po wyborach na Węgrzech to PiS jest w tarapatach. Strach zajrzał w oczy prawicy. Przekonała się właśnie, że błogosławieństwo Donalda Trumpa i zdjęcie z J.D. Vance'em nie pomaga. Więcej: jest obciążeniem. To klęska koncepcji prawicowej międzynarodówki, do której mocno przywiązani są politycy przy ulicy Nowogrodzkiej i w Pałacu Prezydenckim. A przecież Jarosław Kaczyński, decydując o tym, że jego formację do wyborów poprowadzi Przemysław Czarnek, zakomunikował: jeszcze więcej polskiej MAGA, teraz musi się udać.

Odwaga potaniała, dopiero teraz głos w sprawie współpracy Węgier z Rosją zabrał szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego – Sławomir Cenckiewicz

Prezydent Karol Nawrocki lubi być zwycięzcą, tymczasem postawił na wielkiego przegranego – Viktora Orbána

Kłopot ma nie tylko sam PiS, ale również prezydent Karol Nawrocki. Lubi być zwycięzcą, tymczasem poparł wielkiego przegranego. Ale ponieważ – po pierwsze – liczy się tylko „wycie” liberałów i lewicy, a – po drugie – jest zakładnikiem własnego obozu, nie mógł darować sobie wizyty u Viktora Orbána krótko przed wyborami.

Ale odwaga potaniała, dopiero teraz głos w sprawie współpracy Węgier z Rosją zabrał szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego – Sławomir Cenckiewicz. W poniedziałek na platformie społecznościowej X napisał: „Relatywizacja tego na polskiej prawicy antyrosyjskiej była błędem (delikatnie mówiąc)”. Ale jeszcze w zeszłym tygodniu delegaci PiS na Węgry mówili Wirtualnej Polsce: „Trzymamy kciuki za Fidesz, modlimy się za Orbána. Będzie dobrze”. 

Czytaj więcej

Viktor Orbán przegrał, Budapeszt świętuje. Ludzie tańczyli w nocy na ulicach

Zniuansowanie – choć za wcześnie na to, by stwierdzić, że będzie to na prawicy masowe zjawisko – postaw następuje w myśl zasady „na pochyłe drzewo koza skacze”, a nie dlatego, że wcześniej wymagała tego polska racja stanu. Załóżmy się: kiedy więc politycy PiS stwierdzą, że nigdy nie popierali Donalda Trumpa? Po wyborach połówkowych w Stanach Zjednoczonych, jeśli republikanie je przegrają? I kto będzie w awangardzie: Pałac Prezydencki czy Nowogrodzka?

To prawda, wynik wyborów połówkowych – jak każdych innych – nie jest przesądzony. Ale jeśli przyjmujemy, że liberałowie nie muszą popłynąć na niebieskiej fali, tym bardziej prawica – na pomarańczowej. Mimo to politycy PiS od momentu, w którym skandowali nazwisko prezydenta Stanów Zjednoczonych w Sejmie, wciąż kurczowo trzymają się myśli, że tak właśnie będzie. Zresztą kandydat PiS na premiera wyraził się jasno: „Całe lewactwo węgierskie głosowało na Magyara i to jest ich sprawa”. I to by było na tyle, jeśli chodzi o refleksję.