To, że przez lata zaniedbywaliśmy obronę przeciwlotniczą kraju, jest dość oczywiste dla większości ekspertów. Do wojny w Ukrainie ze strony władzy politycznej słyszało się głównie pokrzykiwania o zwiększeniu zasobu ludzkiego armii. Nowoczesnej technologii, choć na stole były liczne propozycje, bano się jak ognia, zaklinając rzeczywistość bredniami o rzekomych możliwościach Polskiej Grupy Zbrojeniowej.
Dopiero zbliżający się konflikt na Wschodzie, a w ślad za nim luty 2022 r., wzbudził prawdziwą panikę i skłonił do decyzji o zakupach. Tu z kolei pojawił się pośpiech, umowy podpisywano szybko i sprawnie, ale bez specjalnej troski o wsparcie offsetowe dla polskiego przemysłu. To – rzecz jasna – bardzo źle, choć bez wątpienia podejmujących decyzje usprawiedliwia na krótką metę kwestia natychmiastowego zwiększenia bezpieczeństwa państwa. Na tym tle wydarzenia z grudnia i awantura, która wybucha na szczeblach kierownictwa systemu obronności państwa teraz, w maju, wydają się cytatami z jakiegoś najgorszego sennego koszmaru.