Słowa Franciszka o NATO szczekającym pod drzwiami Rosji wywołały konsternację w całym zachodnim świecie. To o tyle zrozumiałe, że ten fragment wywiadu papieża dla „Corriere della Sera” z dwóch powodów może szokować. Po pierwsze, może być odebrany jako zwalanie winy za tę krwawą wojnę na Zachód, gdy tymczasem ponosi za nią wyłączną odpowiedzialność agresywna postawa Rosji i prezydenta Władimira Putina. Po drugie, przesłanie papieża niebezpiecznie może się zrymować z rosyjską propagandą, która głosi, że to żadna agresja Kremla, ale jedynie działanie w samoobronie: Rosja zdecydowała się na spec-operację w Ukrainie, by nie zostać zaatakowana przez NATO.

Czytaj więcej

Papież Franciszek: Wiktor Orban powiedział mi, że Putin planuje zakończyć wojnę 9 maja

Wydaje mi się jednak, że w analizie papieskich słów warto zejść trochę głębiej, niż poprzestać jedynie na prostym oburzeniu. Nie, nie chodzi mi o to, by papieża bronić, ale też nie mam zamiaru dołączać się do chóru, który wyłącznie wiesza na nim psy za wypowiedź – nomen omen – o szczekaniu. Wydaje się bowiem, że postawa Franciszka wynika z tego, że nie jest on człowiekiem Zachodu w taki sposób, jak my, a także, że nie chce mówić okrągłych słów, ale wyprowadzać nas z równowagi, drażnić, zmuszać do myślenia.

Po pierwsze, po przejrzeniu zawartych w wywiadzie tez, trzeba stwierdzić, że papież wcale nie relatywizuje winy Putina. Mówi wprost, że tylko on jest w stanie tę wojnę zakończyć, bo on ją zaczął. I nie rozumie, dlaczego to zrobił. Tu właśnie padają te nieszczęsne słowa o szczekaniu NATO, które tak oburzyły opinię publiczną. Ciężko zarzucić mu naiwność czy chęć przedkładania relacji z rosyjskim patriarchą Cyrylem nad los Ukraińców. Papież mówi o swojej trudnej rozmowie wideo z Cyrylem, w której odniósł wrażenie, że jest on urzędnikiem państwa Putina. Mówi też, że odwołał spotkanie z patriarchą planowane na czerwiec w Jerozolimie. Trudno to uznać za dowód jakiejś szczególnej uległości wobec Rosji. Gdy mówi o tym, że chce pojechać do Moskwy a nie Kijowa, nie oznacza to, że ignoruje Ukraińców (tłumaczy, że wysłał tam swoich kardynałów), ale chce rozmawiać z Putinem o zakończeniu wojny. Tak więc, prócz wyjątkowo niefortunnych słów o szczekającym NATO, jest tam to, co powinno w takim wywiadzie być.

Papież nie chce mówić jak przywódca wojskowy czy polityczny. Chce być przywódcą duchowym

Skąd bierze się więc to nieszczęśliwe sformułowanie? Może słowa o NATO to dowód na to, że papież nie jest człowiekiem zakorzenionym w zachodnioeuropejskim widzeniu świata, w którym NATO jest po stronie dobra, a reszta po stronie zła. Pamiętając, jak wyglądają głosowania na temat potępienia Rosji w różnych światowych gremiach, widzimy, jak bardzo Zachód jest jednak osamotniony w swym podejściu. Chiny, Indie, Ameryka Łacińska, Afryka wymykają się z tej dychotomii, o państwach wprost satelickich Rosji już nawet nie wspominając. Powtarzam, nie bronię papieża, ale pragnę zrozumieć, co chce powiedzieć. I wydaje się, że po prostu nie czuje się on częścią tych szufladek. Zresztą potwierdzać to mogą jego słowa o tym, że wojna światowa trwa od dawna: Syria, Jemen, Irak, Afryka...

Po drugie, papież nie chce mówić jak przywódca wojskowy czy polityczny. Chce być przywódcą duchowym, który stawia sobie za cel wypychanie świata ze strefy komfortu moralnego. I jest w tym konsekwentny – potępia światowy handel bronią jako źródło zła, wychodząc z pacyfistycznych założeń. Papież chce nami wstrząsnąć, zmusić do refleksji, że pokój jest możliwy tylko wtedy, gdy odrzucimy logikę wojny. A handel bronią wynika z logiki wojny.

I znów, nie zgadzam się z tym moralnym maksymalizmem, ale Franciszek jako przywódca religijny ma do niego prawo. Dlatego też nie można mieć pretensji, że nie daje porad wojskowych ani politycznych. On wzywa nie do zawieszenia broni, nie do nowej zimnej wojny, ale do porzucenia myślenia w kategoriach wojny. I jest to wezwanie moralne, a nie polityczne czy militarne. On apeluje do sumień. I nie robi tego głaskaniem, ale stara się iść całkowicie pod prąd. I nie musimy się z nim zgadzać – nauczanie papieskie nie obejmuje refleksji na tematy bieżące, ale wyłącznie sprawy dogmatyczne i moralne. A papież naszym zachodnim sumieniem chce wstrząsnąć. Oburzenie jest dowodem, że nas to boli. A może papież chce, żeby bolało?