Wszystkie głosowały na Rouhaniego. Na najmniejsze zło, a w porównaniu z superkonserwatywnym konkurentem, Ebrahimem Raisim, to nawet prawie dobro.

Jedna z nich, feministka, która osiem lat temu po wielkich demonstracjach zielonej opozycji, osiadła na Zachodzie, jest w ciąży. Tak się jednak zdarzyło, że przyszły ojciec nie jest mężem. Jeszcze nie, stwierdziła. Ale są zaręczeni, co obwieściła niedawno na Facebooku.

Tak się również zdarzyło, że on nie jest Irańczykiem. To wszystko oznacza, że moja znajoma feministka nie wybiera się do ojczyzny, choć za Teheranem, rodzicami, którzy ją rozpieszczali i nie wymagali, by była potulna jak przeciętna Iranka, bardzo tęskni.

Poznałem ją dziesięć lat temu w Teheranie. Może nawet trochę pomogłem jej w wyjeździe do Europy Zachodniej, w Polsce nawiązała kontakty, które potem ułatwiły jej życie na emigracji.

W Teheranie podziwiałem, jak feministki walczą o prawa, tworzą podziemną sieć informacji dla kobiet stykających z niesprawiedliwością prawa Islamskiej Republiki. Po rozwodzie dziecko, które skończyło siedem lat, trafia do ojca. Kobieta jest dwa razy mniej warta od mężczyzny, gdy pojawia się kwestia odszkodowania czy spadku.

- Nawet, jak Rouhani dokona politycznych zmian, to i tak nie będę mogła bezpiecznie pojechać do Iranu. Moje dziecko, z ojca nie-Irańczyka, nie dostanie obywatelstwa. A jak mogę je zabrać do kraju, gdzie nie będzie uznawane – powiedziała.

I po chwili dodała z nadzieją: - Chyba że zmiany będą naprawdę tak wielkie, by przekonać mnie do powrotu.