Od odejścia z rządu Jarosława Gowina obóz rządzący mozolnie zabiega o utrzymanie większości, czyli władzy. Co jakiś czas dochodzi do przesileń, reasumpcji i pospiesznego wstawania posłów z łoża boleści, by mogli nacisnąć guzik zgodnie z linią partii. Czasem władzy pomaga opozycja, nie stawiając się na głosowaniu, czasem wynik zakrawa na cud, a czasem PiS zwyczajnie wygrywa. Teraz jednak sytuacja się skomplikowała: kwestii spornych narosło tyle, że dla utrzymania większości prezes Jarosław Kaczyński powinien chyba zabronić marszałek Elżbiecie Witek przeprowadzania jakichkolwiek głosowań.

Po pierwsze, pandemia i strach przed grupą ok. 10 proc. wyborców (według publikowanych przez nas sondaży) sprzeciwiających się jakimkolwiek regulacjom mającym zintensyfikować walkę z covidem. Po drugie, sprawa drożyzny i wpływów budżetowych, uznawana przez samego prezesa za jedno z głównych zagrożeń dla władzy. Skoro nie należy się szczepić i nosić maseczek, to podatków też pewnie nie należy płacić, bo to ogranicza wolność osobistą. Nie wiadomo więc, czy rządowi uda się na własnym obozie wymusić zgodę na podniesienie akcyzy na alkohol i papierosy.

Czytaj więcej

Posiedzenie Sejmu. PiS testuje większość

Kolejny problem to bezsilność PiS wobec weta Zbigniewa Ziobry wobec zlikwidowania Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Jest to główny warunek stawiany przez UE w sprawie Krajowego Planu Odbudowy, co jest dla rządu kwestią kluczową. Dla Ziobry jednak nie jest.

Do tego jeszcze sprawa quasi-stanu wyjątkowego opisanego w ustawie o ochronie granicy. Czy np. Paweł Kukiz podniesie rękę za poprawką senacką zezwalającą na wjazd do strefy zamkniętej dziennikarzom? Nie wiadomo. A czy dojdzie do dymisji wiceministra sportu Łukasza Mejzy? Tego także nikt nie wie.

Niezależnie od tego, kiedy odbędą się wybory, mamy do czynienia ze schyłkiem formacji. A dla schyłków charakterystyczne jest to, że nie wiadomo, kto rządzi. To czas rozłamów i nowych sojuszy. I testowania demokracji.