Unia Europejska nałożyła na reżim Aleksandra Łukaszenki kolejne sankcje. Białoruski dyktator zdaje się tym nie przejmować i na granicę z Polską podsyła kolejne grupy migrantów. Obok przejścia granicznego Kuźnica Białostocka–Bruzgi powstało koczowisko, a przebywający w nim ludzie podejmują próby sforsowania granicy. Po polskiej stronie duża koncentracja sił Straży Granicznej, wojska i policji. Media – tak polskie, jak i zagraniczne (w tym także kontrolowane przez białoruskie władze) – pokazują z jednej strony bojowo nastawionych mężczyzn z kijami, z drugiej zaś zapłakane kobiety z małymi, wystraszonymi dziećmi na rękach.

Nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z dużym kryzysem. Kryzysem wielowymiarowym. Obok poziomu stricte politycznego, którego głównym sprawcą jest białoruski dyktator, mamy niewątpliwie kryzys humanitarny. Kryzys, który domaga się natychmiastowego rozwiązania, bo inaczej przerodzi się w katastrofę. Trupy pokryją białorusko-polskie pogranicze. Kilka lat temu migranci tonęli u wybrzeży Grecji, a ich zwłoki morze wyrzucało na plaże. Teraz zaś będą znajdywani pod ogrodzeniem z siatki. Białoruską i rosyjską narrację łatwo jest przewidzieć. Odpowiedzialność za dramat będą przerzucać na Polskę i zły Zachód, który nie wyciągnął ręki do potrzebujących.

Czytaj więcej

Takie emocjonalne kadry będą gościć w światowych mediach coraz częściej, a wizerunek Polski ucierpi
Los migrantów uderzy w Polskę. „Będziemy świadkami brutalnych scen”

Życie i zdrowie tysięcy migrantów zależy w istocie od Łukaszenki. Dyktator dostarcza co prawda jedzenie, koce, śpiwory, ale w drugiej ręce trzyma karabin. Odpowiedzialność za tych ludzi spoczywa także na Polsce i krajach Unii Europejskiej. Długo można byłoby zastanawiać się nad tym, po której stronie jest większy ciężar tej odpowiedzialności. Ale mając na uwadze powinność obrony naszych granic oraz to, że ktoś nas szantażuje, nie możemy tracić z pola widzenia człowieka, który potrzebuje pomocy. Faktem jest, że duża część z tych, którzy pukają do naszych bram, to migranci ekonomiczni. Ale są też tacy, których życie było zagrożone w ich ojczyznach. Dziś – w obliczu nadchodzącej zimy – trzeba jednak znaleźć rozwiązanie problemu.

Można migrantów przerzucić na Ukrainę i do Mołdawii (doradzał to w poniedziałkowej „Rz” Gerald Knaus, pomysłodawca umowy z Turcją w 2015 r.). Zainteresowanym można proponować podstawienie samolotów na powrót do ich krajów (Irak już to zrobił). Można podjąć próby skłonienia Łukaszenki do tego, by umieścił migrantów w obozach, i rozpocząć procedury migracyjne – tych, którzy kwalifikują się do otrzymania azylu, przyjąć w krajach UE, pozostałych odsyłać. Można takowe obozy próbować tworzyć w Polsce i uruchomić te same procedury. Niemcy mogą się zgodzić na to, by migrantów przepuścić bezwarunkowo. Warianty można mnożyć. W każdym jednak musi być – czy nam się to podoba, czy nie – jakiś udział białoruskiego dyktatora, a także stojącego za jego plecami Putina.

Z Łukaszenką mało kto jednak chce rozmawiać. W jakimś sensie byłoby to bowiem jego zwycięstwo – szantażem osiągnąłby to, czego chce: zgniły Zachód, ten, który nieustająco odsądza go od czci i wiary, potraktowałby go jak partnera do rozmów. Być może nawet dostałby jakieś pieniądze. Tak, istnieje obawa, że rozochocony takim podejściem Łukaszenko będzie mnożył żądania, że będzie eskalował kryzys i dalej prowadził swoją nieczystą grę. Idealnego wyjścia z tej sytuacji jednak nie ma. W perspektywie jest za to długotrwały kryzys humanitarny, a być może także konflikt zbrojny.