Polacy są mistrzami w strategii udawania, że czegoś nie ma. To pewnie pozostałość po obyczajach panujących w domu państwa Dulskich, w którym wszystko oficjalnie odbywało się zgodnie z nakazami przyzwoitości, ale pod tą zewnętrzną pierzynką działy się rzeczy całkiem inne. W Polsce takimi nakazami są ustawy, a najwyższą normą jest Konstytucja RP, która w art. 68 (ustęp 1 i 2) stanowi: „Każdy ma prawo do ochrony zdrowia. Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych". A jak nie? Jak mawiała pani Dulska, „śmierć na wszystko pomoże".

Czytaj więcej

Nasze zaufanie do publicznej służby zdrowia jest, mówiąc delikatnie, ograniczone
Polacy leczą się prywatnie. Kto jeszcze ufa państwowej służbie zdrowia?

W polskiej ochronie zdrowia dynamicznie rozwija się sektor prywatny. Już 3,5 mln osób korzysta z jego usług. Co ma sektor prywatny do konstytucji? Nic. Bo prywatna opieka, z definicji, przeznaczona jest dla tych, którzy mogą za nią zapłacić. Nie zapewnia więc dostępu do ochrony wszystkim obywatelom ani też nie czyni go wyrównanym. To nie jej rola. Zapewnienie równego dostępu to obowiązek władz publicznych, realizowany z publicznych środków, pochodzących zresztą ze składek obywateli. Powinny być one ustawione na takim poziomie, by zdrowotne potrzeby zaspokajać, a jeśli nie są, to trzeba go podnieść albo dosypać pieniędzy z innych źródeł. W Chile prywatyzacja ochrony zdrowia doprowadziła do sytuacji, w której pracująca rodzina, żeby pozwolić sobie na operację ślepej kiszki, musi sprzedać telewizor. W Polsce takiego systemu nie chcemy. Budujemy więc iluzję.

Oficjalnie publiczna ochrona zdrowia istnieje, a nieoficjalnie, jak dzieje się coś wymagającego pilnej interwencji specjalisty – biegniemy do prywatnej placówki. Ale i tam jest już taki tłok, że brakuje terminów, chyba że jest się gotowym zapłacić za wizytę gotówką, a nie w ramach abonamentu. Jeśli natomiast się okaże, że trzeba wykonać skomplikowaną operację, wdrożyć procedurę onkologiczną, poradzić sobie z chorobą genetyczną – wtedy już prywatna sieć mocy nie ma i trzeba pukać do drzwi publicznego szpitala. Gdzie zresztą do kolejki wpisuje nas ten sam lekarz, który wcześniej przyjmował nas prywatnie. W ten sposób działa system ochrony zdrowia w Polsce. „A niech was wszyscy diabli!" – jak mawiał Felicjan, mąż pani Dulskiej.