Nie wzbudzi debat na temat bezpieczeństwa naszych chłopców, nie narazi na wielkie koszty. Wystarczy parę samolotów, które nie zrzucą żadnej bomby, albo trochę doradców, może nawet komandosów.

Ważne, by być po stronie sprawnych militarnie państw zachodnich – w tym wypadku przede wszystkim Francji – które nie chcą dopuścić do opanowania Mali przez nieobliczalnych fundamentalistów islamskich.

Ważne, by pokazać, że Polska poważnie traktuje współpracę z krajami NATO i Unii Europejskiej. Mali to będzie kolejne miejsce, gdzie sprawdzi się, czy prowadzenie wojen nie przerasta sytych i coraz bardziej pacyfistycznych społeczeństw Zachodu. Będzie to sprawdzian dla zdolności bojowych i dla NATO – niezależnie od tego, że nie jest to operacja całego sojuszu – i dla UE. Na razie te sprawdziany odbywały się z dala od Europy. I nikt nie traci nadziei, że Europa nie będzie zagrożona. Ale bezpieczeństwa nie można opierać na nadziei.

Polska nie może popełnić błędu, który uczyniła dwa lata temu, gdy nie poparła Francuzów, Brytyjczyków i Amerykanów, którzy nie chcieli pozwolić, aby dyktator Muammar Kaddafi krwawo zdławił rewolucję w Libii. I nie pozwolili. Odbyło się to sprawnie, bez wielkich kosztów i strat. Wtedy Polska nie broniła rewolucjonistów, a na dodatek zawiodła sojuszników, którzy nie mogli jej potem tego wybaczyć.

Operacja w Mali nie jest kontrowersyjna. Popierają ją nie tylko Unia, ale i afrykańscy sąsiedzi Mali oraz Rada Bezpieczeństwa ONZ. Nawet Rosja nie protestuje.

Przesadą jest więc stwierdzenie, że Mali będzie nowym Irakiem czy Afganistanem. Nikt nie wyśle tam na wiele lat dziesiątek tysięcy żołnierzy. Nie tylko dlatego, że Mali nie ma takiego strategicznego położenia. Także dlatego, że Irak i Afganistan są nauczką dla Zachodu. Trudno byłoby wytłumaczyć, dlaczego Polska nie weźmie udziału w tej operacji. Najlepiej, co warto powtórzyć, symbolicznego.