Chciałabym móc odnieść się do tego artykułu, ale trudno to zrobić, ponieważ zawiera on bardzo wiele okrągłych zdań, które, niestety, nie są poparte dowodami, a brzmią dramatycznie: „(...) polskie państwo dokonało kolejnej abdykacji; zdjęło z siebie ciężar odpowiedzialności za to, do czego jest predestynowane. Pewnie będzie można przeczytać w którejś z gazet, że nie sprostaliśmy wyzwaniom tworzonym przez postęp technologiczny w dziedzinie mediów. Że ów postęp niósł prócz korzyści dla ekonomii i konkurencyjności także szczególne wyzwania dla państwa. Tylko że państwa w kluczowym momencie zabrakło”.

Nie śmiem polemizować z tak poważnymi tezami, tym bardziej że nie potrafię, bo nie bardzo wiem, ani co jest nam zarzucane, ani co powinniśmy zrobić lepiej (poza znamiennym: „Doświadczenia zachodnie pokazują bowiem, że dla sukcesu naziemnej telewizji cyfrowej niezbędne jest zaangażowanie największych nadawców. Bez względu na to, w jaki sposób osiągnęli obecną pozycję, jak zarobili swój pierwszy milion, w interesie państwa jest taki plan budowy naziemnej TV cyfrowej, by każdy z dużych graczy był realnie zainteresowany powodzeniem tego projektu. To oni muszą chcieć przekonać widzów, że warto kupić dekoder do odbioru naziemnej platformy, a nie ten pozwalający na odbiór ich własnych platform cyfrowych”). Ostatnie zdanie jest szczególnie interesujące. Nadawcy przekonujący odbiorców, żeby nie kupowali ich intratnych usług satelitarnych – to słabo mi się mieści w głowie, ale jak wiadomo, głowę mam słabą.

Problemem, który autorka ignoruje, jest nadzwyczajna troska części nadawców komercyjnych o to, żeby proces cyfryzacji nie posuwał się do przodu. Składanie wniosków niemożliwych do uwzględnienia ze powodów prawnych, składanie kolejnych wniosków pozornie zgodnych z prawem, ale zawierających niedopuszczalne warunki, pod jakimi decyzja ma być wydana, modyfikacja niektórych wniosków w momencie, gdy postępowanie dowodowe jest już zamknięte, a rozprawa przeprowadzona, to tylko niektóre ze sztuczek, za pomocą których udało się nadawcom dotrzeć aż do listopada, skutecznie blokując wszelkie procedury. Nie pomaga nam także różnica zdań pomiędzy nami a KRRiT w sprawie wprowadzenia konkurencji na rynek. Tutaj poprzeć muszę wypowiedź jednego z dyskutantów, który pisze:

„Jeżeli prywatne stacje są zainteresowane cyfrową telewizją naziemną, to należy przeprowadzić licytację na poszczególne częstotliwości i przyznać je temu, kto będzie za nie płacił najwięcej”.

Na drugim multipleksie chcielibyśmy właśnie taki efekt uzyskać – silnego konkurencyjnego gracza, który zakłóci błogi spokój dotychczasowych nadawców i który uczciwie wyceni wartość rynku. Jest 17 chętnych na drugi multipleks, wielu światowych graczy, czemu państwo polskie nie miałoby skorzystać z tego, że są chętni na multipleks, i przeprowadzić uczciwej procedury wyceny? Nie wyklucza to przecież uwzględnienia wartości programowych. Niestety, koncepcja nasza różni się od koncepcji KRRiT, a procedury wymagają uzgodnienia obu organów. Uzgodnienie to trwa już trzy miesiące.

W procesie cyfryzacji nie pomaga nam też prawo, na które składają się dwie ze sobą sprzeczne ustawy – medialna i telekomunikacyjna.

Co do dotychczasowych nadawców, żeby pozostać w zgodzie z prawem i uwzględnić ich uprawnienia do koncesji, które mają ważność do 2014 roku, plus prawo do rekoncesji proponowaliśmy im (jeszcze wiosną) wspólny pierwszy multipleks, a docelowo dwa do podziału (czyli poszanowanie dotychczasowych praw plus stosowana w wielu krajach dodatkowa zachęta do konwersji).

Naszą propozycję potraktowały poważnie TVP i TV Puls, które złożyły odpowiednie wnioski. Pozostali od lipca bieżącego roku pozorują działania zmierzające do cyfryzacji, o czym napisałam powyżej.

Najbardziej jednak bulwersuje mnie teza główna artykułu: „Polskie państwo realizuje plan, którego skutkiem będzie naziemna telewizja cyfrowa skierowana do garstki mało liczących się na rynku reklamowym najbiedniejszych Polaków”.

W odróżnieniu od autorki nie dzielimy Polaków na mało liczących się na rynku reklamowym (tych biednych) i tych bogatych – liczących się na rynku reklamowym. Kryterium przydatności obywateli dla rynku reklamowego nie jest w ogóle kryterium naszego planu. Telewizja cyfrowa ma być dla wszystkich, także dla najbiedniejszych, a jeśli ma być to telewizja dobra, walcząca o widza, to musi to być telewizja konkurencyjna treściowo, nie jednolita sieczka kopiowana z popularnych zachodnich programów. Słaba telewizja publiczna (nie wchodzę w przyczyny tej słabości) umożliwiła rozpanoszenie się na naszym rynku zbyt często idących na łatwiznę programów prywatnych (nie ujmując niczego ich wysiłkom misyjnym). Tylko silna konkurencja, którą można i trzeba wprowadzić na samym początku cyfryzacji, może zagrozić ciepełku, w którym żyją nadawcy, a widzom dać poczucie sensu cyfryzacji i motywację do kupienia przysłowiowego już set top boksa. Bo nic innego nie przyciągnęło pozostałych milionów widzów do TV kablowej i satelitarnej – tylko zróżnicowana, konkurencyjna nowa oferta. W ofercie TV cyfrowej musi się więc od początku znaleźć taka nowa oferta – dobrze byłoby, gdyby znalazła się obok oswojonej już oferty dotychczasowej, do której widzowie są przywiązani.

Zatem czynienie UKE zarzutu z istnienia sporu z nadawcami, których intencja jest biegunowo różna od konkurencji na rynku, to słaby argument. Na koniec dodam, że nam też jest ciężko patrzeć na to wszystko z rosnącym poczuciem bezradności. UKE jednak próbuje zrealizować cyfryzację w takich warunkach prawnych, jakie są dostępne, bo nie mamy kompetencji legislacyjnych.

[i]Anna Strężyńska, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej[/i]