[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/06/09/dominik-zdort-ipn-otwiera-kolejne-drzwi/]skomentuj na blogu[/link][/b]
Zarówno ofiar UB i SB, jak i jej funkcjonariuszy oraz agentów. To będzie taka lista Wildsteina, tyle że kilkanaście razy większa i znacznie dokładniejsza, bo zawierająca bardziej szczegółowe dane.
Przeciwnicy ujawniania informacji zgromadzonych przez bezpiekę pewnie będą znów rozrywać szaty. Wszak teraz łatwiej będzie dojść do prawdy o tym, kto był bohaterem, a kto zdrajcą. A kto – w różnych okresach swojego życia – i jednym, i drugim.
Tych, którzy uważają archiwa IPN za tykającą bombę, którzy obawiają się, że prawda o przeszłości może być niebezpieczna, bo czasem unieważnia legendy i burzy pomniki, udostępnienie nowego katalogu Instytutu zmartwi. Ale wszystkich innych, którzy chcą znać historię, aby lepiej oceniać współczesność, zmiana w IPN powinna ucieszyć.
Jeśli można mieć do Instytutu o coś żal, to tylko o to, że to nowe narzędzie będzie na razie dostępne jedynie dla nielicznych. Że – choć są takie możliwości techniczne – do katalogów nie będzie można zajrzeć przez Internet. Że tylko dziennikarze i badacze z rekomendacją swoich redakcji i uczelni będą mogli przekroczyć drzwi do sali, w której stoją komputery z dostępem do owej cennej bazy danych.
Warto zapytać, dlaczego nie wszyscy? Dlaczego zwykły obywatel nie miałby prawa sprawdzić, czyje nazwisko – i w jakim charakterze – pojawiało się w kartotekach SB? Dlaczego te informacje wciąż muszą być filtrowane przez dziennikarzy i badaczy?
A może chodzi o coś innego – może Instytut, ostatnio ostro atakowany przez polityków, bał się otworzyć nowy front lustracyjnej wojny?
Warto pamiętać, że ograniczenie kręgu wtajemniczonych nigdy nie będzie skuteczną metodą na uniknięcie niesłusznych oskarżeń. Lepiej pewnie byłoby ujawnić z przepastnych archiwów tyle, ile się da. Aby każdy mógł sam sprawdzić, co o kim napisała bezpieka.