W Polsce lustracja od początku była odrzucana nie tylko przez postkomunistów, ale i przez dużą część obozu solidarnościowego. Elity intelektualne za dogmat wzięły irracjonalną tezę, że teczki są stekiem ubeckich kłamstw. A ponieważ w każdej niemal partii znalazła się jakaś ważna persona z kłopotliwym epizodem współpracy z SB, chęć chronienia "swoich" maskowano pseudoracjonalnymi argumentami typu: "nie da się ustalić, jak było naprawdę".
Wreszcie dzięki znacznemu naciskowi społecznemu w 2000 r. powstał IPN. Od początku żył w pożyczonym czasie. Kompromisowa kandydatura jego pierwszego szefa Leona Kieresa pozwalała uniknąć czołowego zderzenia. Ale z chwilą wybuchu sporu o IV RP na instytut przypuszczono frontalny atak, uznając go za stronę w sporze PiS z PO. W napiętej atmosferze politycznej wojny książkę – zdawałoby się rzecz zwyczajna – opisującą kontakty Lecha Wałęsy z SB Platforma potraktowała niczym próbę zamachu stanu. I w konsekwencji doprowadziła do uchwalenia ustawy zapowiadającej znaczne ograniczenie niezależności IPN.