A ukraińscy wojskowi pokazali, że nie zamierzają się dalej przyglądać, jak Rosja przejmuje kontrolę nad Ukrainą.
To przełom, bo ostatnio można już było odnieść wrażenie, że utrzymaniem Ukrainy w granicach z czasów upadku ZSRR bardziej przejmują się niektórzy zagraniczni politycy i publicyści niż ukraińscy liderzy.
Nie tylko z tego powodu trudno przecenić znaczenie rozpoczętej wczoraj bitwy ?o najważniejszy bastion separatystów na wschodzie Ukrainy – Słowiańsk. Nie jest to potyczka o jeszcze parę tygodni temu nieznane nikomu miasto w odległym od centrum cywilizacji zachodniej obwodzie donieckim.
Decyduje się tam, czy na Ukrainie za miesiąc najważniejsza będzie walka o urząd prezydenta, czy też wybory zapowiedziane na 25 maja nie będą miały sensu – wojna we wschodniej Ukrainie uniemożliwi bowiem ich przeprowadzenie.
Jeżeli wojna wybuchnie, to nie będzie to wojna domowa, lecz ukraińsko-rosyjska. Czy jest ona jednak teraz bardziej prawdopodobna, niż była przed rozpoczęciem ukraińskiego ataku na Słowiańsk?
Raczej nie. Świadczą o tym wypowiedzi rosyjskich polityków. Są najwyraźniej zaskoczeni – z wściekłością grożą powtórką wojny rosyjsko-gruzińskiej o Osetię Południową z 2008 roku, tylko w nieporównanie większej skali.
Moskwa jest wściekła, bo wie, że nie znajdzie w świecie zrozumienia dla takiej interwencji. Nawet tuzy niemieckiej socjaldemokracji nie odważą się chyba głosić, że z powodu prowadzonej w rękawiczkach, na razie prawie bez ofiar, ukraińskiej operacji przeciwko separatystom w Słowiańsku Rosja ma prawo wjechać czołgami na Ukrainę.
Kijów musi wykazać determinację i zachować zimną krew, by operacja nadal była prowadzona prawie bez ofiar.
Zadaniem dla stolic wspierających suwerenność Ukrainy jest zaś teraz powstrzymanie prorosyjskiego lobby w UE. Aby nie zaczęło jednak forsować pomysłu, że nawet pojawienie się rosyjskich czołgów w Doniecku to jeszcze nie powód do wprowadzenia przez Zachód poważnych sankcji gospodarczych wobec Moskwy.