To decyzja dość ryzykowna. Mówiąc wprost, wejście premier do gry jest negocjacyjną ostatecznością. Gdyby związkowcy zerwali rozmowy z Kopacz, rząd i PO znalazłyby się w trudnym położeniu.
Warto przypomnieć, jak prowadzone były negocjacje z lekarzami. Z naszych informacji wynika, że Ewa Kopacz dała Bartoszowi Arłukowiczowi wolną rękę do negocjacji (oczywiście w obrębie pewnych ram finansowych). Równocześnie gotowy był plan „B". Gdyby na sto dni od expose Ewy Kopacz nie byłoby porozumienia, do negocjacji miałaby się włączyć sama premier, zaprosiłaby protestujących lekarzy do siebie i doprowadziła do porozumienia. Wariantu tego nie zrealizowano, bo Arłukowicz dał sobie radę sam.