To decyzja dość ryzykowna. Mówiąc wprost, wejście premier do gry jest negocjacyjną ostatecznością. Gdyby związkowcy zerwali rozmowy z Kopacz, rząd i PO znalazłyby się w trudnym położeniu.
Warto przypomnieć, jak prowadzone były negocjacje z lekarzami. Z naszych informacji wynika, że Ewa Kopacz dała Bartoszowi Arłukowiczowi wolną rękę do negocjacji (oczywiście w obrębie pewnych ram finansowych). Równocześnie gotowy był plan „B". Gdyby na sto dni od expose Ewy Kopacz nie byłoby porozumienia, do negocjacji miałaby się włączyć sama premier, zaprosiłaby protestujących lekarzy do siebie i doprowadziła do porozumienia. Wariantu tego nie zrealizowano, bo Arłukowicz dał sobie radę sam.
Tymczasem scenariusz z górnikami wydaje się być inny. Po dwukrotnym zerwaniu rozmów związkowców z przedstawicielami rzadu, Ewa Kopacz ruszyła w podróż na Śląsk. Nie wysłała nikogo niższego rangą, na przykład ministra gospodarki a zarazem wicepremiera Janusza Piechocińskiego, czy ministra skarbu (po restrukturyzacji sektor miałby podlegać właśnie jemu).
Położyła na szali więc własny autorytet – swój najcenniejszy atut polityczny. Być może premier chce być szybsza od opozycji, dla której stanięcie po stronie protestującego Śląska jest idealnym pomysłem na przejęcie inicjatywy politycznej. Eskalacja konfliktu zaś może Ewie Kopacz zaszkodzić.
Możliwe, że premier ma pomysł, jak szybko wyjść z tego kryzysu. Jeśli wie, jak zrealizować swój plan dla górnictwa a równocześnie uspokoić związkowców, może odnieść spory polityczny sukces i przekonać dość licznych w samej Platformie polityków wątpiących w jej zdolności przywódcze.