Doświadczony scenarzysta m.in. wybitnych filmów Jerzego Kawalerowicza („Matka Joanna od Aniołów", „Faraon", „Austeria") po raz pierwszy sam stanął za kamerą realizując „Ostatni dzień lata" (1958), którym zaskoczył zdezorientowaną krytykę i widzów indywidualnym językiem, odważnie przełamującym utrwalone schematy. Historię spotkania kobiety i mężczyzny na wyludnionej plaży, ich emocjonalnej i erotycznej gry przedstawił poprzez poezję nastrojów, zdawkowych gestów, dyskretnych symbolicznych znaków. Powstał film - urzekający do dziś swym ascetycznym pięknem - o próbie przełamania samotności, o tęsknocie do miłości i szczęścia, w świecie obciążonym pamięcią wojny. Jego walory dostrzegło jury festiwalu filmów dokumentalnych i krótkometrażowych w Wenecji przyznając Grand Prix.
Czytaj także: Zmarł Tadeusz Konwicki
Czytaj także: Śmierć Konwickiego
Począwszy od debiutu filmowa twórczość Konwickiego naznaczona była oryginalnością i ambicją wyrażania własnych prawd i głęboko osobistych niepokojów. „Piszę książki i realizuję filmy o sobie – opowiadał w 1960 r. Konradowi Eberhardtowi w wywiadzie dla tygodnika „Film" – Opisuję siebie w trybie warunkowym, w czasie zaprzeszłym niedokonanym albo przyszłym. Stwarzam sytuacje, w których tak lub inaczej się zachowałem, mógłbym się zachować, a także wyrażam żal, że się nie zachowałem, lub, że częściowo się zachowałem. Opisuję z jakąś, jak sądzę, odpowiedzialnością to co dobrze znam." I pozostał w tym do końca filmowej drogi konsekwentny.
Czytaj także: Pisarz, który był punktem odniesienia
Już w drugim filmie – „Zaduszkach" (1961) powrócił do czasu wojny, do doświadczeń swego pokolenia. Wykorzystując motywy własnej powieści „Władza" przedstawił historię dwojga ludzi, którym tragiczne przeżycia wojenne odebrały wiarę w szczęście, rodząc lęk przed uczuciem. Obsesja pamięci wojny z bolesną ironią przemówiła w „Salcie" (1965). Jego bohater, przeciętny Polak, Kowalski-Malinowski (Zbigniew Cybulski) to niewolnik przeszłości próbujący uciec od banału codzienności do krainy wojennych wspomnień, gdzie jego życie miało smak i sens. Film odebrano zarówno jako gorzką satyrę na romantyczno-martyrologiczne tradycje polskiej kultury, jako polemikę z Polską Szkołą Filmową, ale także jako sugestywny wyraz wahań i niepewności artysty dotyczących możliwości i pułapek sztuki.
Niezwykle charakterystycznym dla filmowego stylu Konwickiego jest „Jak daleko stąd, jak blisko" (1972), przypominający jego sławną powieść „Sennik polski", w której przeszłość ujawnia się nieustannie w snach-wspomnieniach. Czas przeszły i teraźniejszy nakładają się w tym filmie na siebie i współistnieją obok siebie, podobnie jak w świadomości bohatera. Podstawą jego życiowego i pokoleniowego bilansu są obrazy z partyzantki, z pochodu pierwszomajowego, ale także refleksy emigracji pomarcowej 1968 r.
Prekursor rodzimego kina autorskiego dwukrotnie podjął się literackich adaptacji: zekranizował „Dolinę Issy" Czesława Miłosza i „Dziady" Adama Mickiewicza pod tytułem „Lawa". Wybór tych akurat utworów nie mógł być przypadkowy. I to nie tylko wspólnota litewskich korzeni o tym zdecydowała. „Dolina Issy" (1982) według Konwickiego to subtelnie wyidealizowany, pełen nostalgii portret marzenia o utraconym czasie niewinności i umarłym przedwcześnie świecie dzieciństwa. Ale także hołd złożony jednemu artyście przez drugiego. Złożony w pokorze i podziwie, ale z zaznaczeniem własnej odrębności i duchowej suwerenności.
„Lawa. Opowieść o „Dziadach" Adama Mickiewicza" (1989) – ostatni film na reżyserskiej drodze Konwickiego – dalekie jest od szkolnych interpretacji polonistów starej daty: podziałów na dramat narodowy, dramat romantycznego kochanka, czy ludową obrzędowość. W „Lawie" wszystko jest spójne, choć oparte na kontrastach. Symbole narodowe i romantyczne staja się jednością. To poetycki skrót tragicznych dziejów narodu, cierpień, które przeżywał także później, już za naszej pamięci.