Reklama

„Naga broń” – recenzja. Kto wyjdzie z kina po pięciu minutach?

Po nowej „Nagiej broni” z Liamem Neesonem nie spodziewałem się niczego innego niż dania posolonego równie mocno policyjnym nonsensem i dopieprzonego absurdalnym noirem jak oryginał.
„Naga broń” – recenzja. Kto wyjdzie z kina po pięciu minutach?

Foto: mat. pras. uip

Czy można podrobić tercet ZAZ (Jerry Zucker, Jim Abrahams, David Zucker), który dał nam nie tylko trzy części „Nagiej broni” (1988-1994), ale też choćby komedię „Czy leci z nami pilot?” (1980)? Nie da się. Twórcy nowej odsłony przygód detektywa Franka Drebina nawet tego robić nie próbują. Reboot „Nagiej broni” jest hołdem złożonym kultowej trylogii, która stanowi najlepszy przykład absurdalno-slapstickowego gatunku „spoof comedies”. Doskonalił go Mel Brooks („Płonące siodła”, „Młody Frankenstein” z lat 70.), ale w swoim wczesnym etapie twórczości był w niej zakochany również Woody Allen („Bananowy czubek”, 1971), zapatrzony od zawsze w braci Marx, których „Kacza zupa” (1933) jest kwintesencją tego rodzaju komedii.

Pozostało jeszcze 84% artykułu

Zabookuj najlepsze treści na wakacje!

Skorzystaj z promocji wakacyjnej i zyskaj dodatkowe drukowane magazyny: Nauka i Historia.

Twoje rzetelne i obiektywne źródło najważniejszych informacji z Polski i ze świata.

Promocja dotyczy subskrypcji RP.PL na rok.

Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama