Główna bohaterka pani filmu wyhodowała kwiat, którego woń wywołuje w ludziach poczucie szczęścia. Dojdziemy do tego?

Kocham science fiction, ale „Kwiat szczęścia” nie jest dystopią. Raczej bajką. Można by tę opowieść wyposażyć w tradycyjne dla tego gatunku rekwizyty: wtedy byłoby to pewnie jabłko, którym władałaby wiedźma. Jednak wolałam coś bardziej realistycznego. Stąd wzięła się naukowczyni hodująca kwiaty. Starałam się jednak, by moja bajka była maksymalnie realistyczna. A czy rzeczywistość ją dogoni? Niewykluczone.

Dzięki naukowcom?

Nauka stała się dzisiaj rodzajem religii. Kiedyś księża mówili nam, co jest dobre, a co złe. Potem czasem robili to intelektualiści albo artyści. Dziś w tę rolę weszli naukowcy, bo mają dostęp do informacji, a czasem też do środków, które mogą modyfikować świat i ludzi. Tylko czy zawsze w dobrą stronę? Myślę, że za bardzo dziś wierzymy w siłę nauki.

Nie osadziła pani filmu w konkretnym miejscu i czasie.

Chciałam, żeby zabrzmiał jak bajka ponadczasowa, a jednocześnie realistyczna. Dlatego przez wiele miesięcy rozmawiałam z neurologami, genetykami, czytałam artykuły o eksperymentach z pogranicza medycyny i socjotechniki. Jak zawsze starałam się maksymalnie dobrze poznać świat, o którym opowiadałam. A potem dodałam do tego trochę własnej niezgody i ironii.

Sportretowała pani kobietę, która tworzy coś w rodzaju współczesnego Frankensteina.

Właśnie ta idea intrygowała mnie najbardziej. Zwłaszcza że taką konstrukcją staje się nie tylko kwiat. Pierwszą wyhodowaną przez siebie roślinę moja bohaterka, wbrew przepisom, daruje synowi i nastolatek pod wpływem zapachu kwiatu zamienia się w kolejnego Frankensteina. Niebezpiecznie jest manipulować ludzkimi uczuciami.

W pewnym momencie Alice przyznaje: „Nie mogę kontrolować wszystkiego”.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

Ale tak naprawdę chce to robić. Sama jestem do niej pod tym względem podobna. Tyle że najczęściej mi się nie udaje. Jak zresztą większości ludzi. Historia pokazała, że nawet buntownicy tracą kiedyś siłę. Jak hippisi, bo wielu z nich po okresie rewolty założyło garnitury i objęło stanowiska w komercyjnych instytucjach. W swoich filmach nie udaję, że jesteśmy wolni. Przypominam, że najczęściej gramy role, które narzuciło nam społeczeństwo. Do niego dopasowujemy sposób myślenia i zachowania. A dziś w zachodnim świecie trzeba być szczęśliwym. Szczęście stało się niemal obowiązkowe.

Wartość pojęcia „szczęście” dewaluuje się?

Tak. Na pytanie „Co słychać?” nie wypada odpowiedzieć inaczej niż „Wszystko świetnie”. Rzadko zdarza się spotkać człowieka, który przyzna się do porażki czy złego dnia. Na Instagramie wszyscy są uśmiechnięci, piją wino z przyjaciółmi, wygrzewają się na słońcu na rajskich wyspach, odbierają nagrody, chwalą się dziećmi i wnukami albo przynajmniej nowym wystrojem mieszkania. Z reklam atakują nas piękności, które jeżdżą „najlepszymi samochodami”, albo przystojni mężczyźni pijący „najlepsze piwo”. Tęsknota za szczęściem przybiera dziwne formy.

Jakie?

Na pewno zakłamane. Mój syn uczy się w szkole, jak prezentować samego siebie w internecie. Rozumiem. Ale to świadczy o tym, jak bardzo zmienił się ostatnio świat. Twój medialny, starannie tworzony wizerunek jest ważniejszy od tego, kim jesteś naprawdę. Te uśmiechy i opowieści o sukcesach rodzą poczucie, że tak być musi. Że to norma: trzeba być pięknym, młodym i koniecznie szczęśliwym. A życie ma różne kolory.

Krytycy często porównują panią z wybitnym austriackim reżyserem Michaelem Haneke.

Haneke jest wielkim artystą, ale mam tych porównań dość. Przez 25 lat pracy starałam się wytworzyć własny styl.

I dlatego dodała pani do filmu doświadczenia kobiety, która stara się pogodzić dwie role: pracoholiczki i matki?

Ma pani rację. To także mój problem. Niełatwo mi różne sfery życia ze sobą pogodzić. Ale kiedyś było mi jeszcze trudniej jako kobiecie. Dziś po sukcesach ruchu #MeToo zmieniła się świadomość publiczności oraz nastawienie wielu ludzi w branży. Ale kiedy robi się film, myśli się o nim bezustannie. Nie ma fajrantu o godzinie ósmej.

Manipulacje wymykają się spod kontroli

Austriaczka Jessica Hausner w swoim najgłośniejszym filmie „Lourdes" opowiadała o cudzie i potrzebie wiary.

Do nakręcenia „Szalonej miłości" zainspirowała ją historia poety Heinricha von Kleista, który w 1811 r. popełnił samobójstwo razem z przyjaciółką, Henriettą Vogel.

W „Kwiecie szczęścia" przygląda się światu, w którym można wszystko naukowo modyfikować. Światu za wszelką cenę dążącemu do szczęścia. Alice, grana przez Emily Beecham, wyhodowała zmodyfikowany genetycznie kwiat, którego woń ma czynić ludzi szczęśliwymi. Pierwszy okaz nielegalnie podarowała synkowi, którego sama wychowuje. Życie człowieka i rośliny wymykają się spod kontroli, co w czasie ataku wirusa nabiera nowych znaczeń. Ale ważny jest też świat emocji: nie można nimi bezkarnie manipulować.

Barbara Hollender