Reklama

Własne dybuki i demony

Itay Tiran | Znakomity izraelski aktor opowiada Barbarze Hollender o pracy z Marcinem Wroną przy „Demonie".
Itay Tiran urodził się 23 marca 1980 r. Jest uznanym aktorem teatralnym (grał m.in. w „Hamlecie”, „R

Itay Tiran urodził się 23 marca 1980 r. Jest uznanym aktorem teatralnym (grał m.in. w „Hamlecie”, „Ryszardzie III”) i filmowym. W jego filmografii są m.in.: „Beaufort” (2007, Srebrny Niedźwiedź w Berlinie), „Liban” (2009, Złoty Lew w Wenecji), „Biegnij, chłopcze, biegnij” (2013). „Demon” od piątku w kinach

Foto: kino świat

Rz: Obejrzał pan „Demona" w czasie festiwalu w Hajfie, gdzie dostaliście jedną z najważniejszych nagród...

Itay Tiran: To nie było łatwe. Dziecko pojawia się na świecie, a nie ma jego ojca. Wiem, jak ważny był ten film dla Marcina. Podczas izraelskiej premiery miałem poczucie ogromnej samotności. Ale gdy zgasły światła i na ekranie pojawiły się pierwsze obrazy, Marcin znów był z nami.

Jak go pan zapamięta?

Żeby na to pytanie odpowiedzieć, potrzebuję czasu. Na razie wciąż jestem w szoku. Mam w sobie niedowierzanie, pytanie: „Dlaczego?". Każdy człowiek jest tajemnicą. Ale jeśli mamy do czynienia z kimś tak energicznym, twórczym, nieszablonowym, wszystko jeszcze bardziej boli. Na razie więc staram się nie myśleć. Patrzę, jak dobrze jest przyjmowany „Demon". W Hajfie widzowie śmiali się podczas projekcji, ale też byli ogromnie poruszeni i zaintrygowani. Może dostrzegli własne demony, własne dybuki.

Jak spotkaliście się z Marcinem Wroną?

Reklama
Reklama

Gdy kilka lat temu grałem w austriackim obrazie „Ci, którzy żyją i umierają" Barbary Albert, mieliśmy kilka dni zdjęciowych w Warszawie. Marcin widział dwa moje filmy: „Liban" Samuela Maoza i 40-minutowy „Homeland", nakręcony w jidysz, i kontaktował się z moją agencją. Wykorzystaliśmy więc okazję i umówiliśmy się na kolację. Od razu się polubiliśmy. Marcin miał dwa metry wysokości, a jednocześnie był nieśmiały. Delikatny, wrażliwy wielkolud. Potem obejrzałem „Chrzest", który zrobił na mnie ogromne wrażenie, zachwycił mnie też scenariusz „Demona". Od tej pory byliśmy w stałym kontakcie.

Co się panu spodobało w „Demonie"?

To, że Marcin mierzy się z czymś nieodgadnionym, paranormalnym, z żydowską legendą o dybuku. Jedną z najważniejszych postaci mojego dzieciństwa była babcia, która urodziła się w Czechosłowacji i przeżyła Holokaust. Pochodziła z religijnej rodziny i zawsze opowiadała mi o żydowskim mistycyzmie. O dybuku, Golemie, kabale. Grając, trzymam się rzeczywistości, staram się budować prawdziwe postacie, ale wiem, że w człowieku jest również miejsce na tajemnicę. I demony, które często przejmujemy z genami przodków.

„Demon" sięga po archetypy polskie i żydowskie, ale też jest filmem o pamięci, duchowości współczesnych czasów, poszukiwaniu tożsamości.

To skomplikowanie starałem się odnaleźć w mojej postaci, w której są przecież trzy osoby: Python, Piotrek i Hana. Bałem się, by mój bohater nie stał się symbolem. Szukałem w nim człowieka. I znalazłem do niego klucz. Zrozumiałem, że jest jak drzewo bez korzeni. Dybuk łatwo w niego wchodzi właśnie dlatego, że nie ma mocnego związku z żadną tradycją. Nigdzie nie jest u siebie. Może dlatego chce zbudować swój dom. W Polsce. To kolejny bliski mi temat. Ja też zadaję sobie pytanie o tożsamość.

Pana ojciec urodził się na Węgrzech, matka w Szwecji, mieszka pan w Izraelu, pracuje na całym świecie...

Reklama
Reklama

No, właśnie. Mam w sobie mieszaną krew, babcia była Żydówką, dziadek – nie. Myślałem o tym, grając Pythona i Piotra. A w scenach mistycznych, w których wstępuje we mnie Hana, nie chcąc powielać banalnych klisz, znów wracałem do babki z czasów, kiedy miała 16 lat i żyła w czeskich Karpatach. Była typem chłopczycy, biegała z kumplami po drzewach i marzyła, żeby jak oni uczyć się Tory. Opowiadała mi o swojej pierwszej miłości i o karpackich krajobrazach przypominających miejsca pod Bochnią, gdzie kręciliśmy „Demona". I nagle całe jej życie się urwało, trafiła do Auschwitz. Dotknęła ją tragedia. Jak Hanę. Czy to nie jest jakiś znak, że po latach gram taką postać?

Podobno w czasie pracy nad „Demonem" przydarzyły wam się dziwne historie.

Już jadąc z Marcinem na zdjęcia, zgubiliśmy się. GPS zaprowadził nas do małego miasteczka z typową, dwupiętrową żydowską zabudową i zawiesił się. Na ekranie pojawił się napis: „teren nieznany". I nagle w środku nocy znaleźliśmy się przed dziwną budowlą, zaniedbaną, bez dachu. To była zapomniana synagoga. Nie było tam żadnej tabliczki, nikt o ten zabytek kultury żydowskiej nie dbał. Pomyślałem, że to dużo mówi o relacjach polsko- -żydowskich. Ale z kolei po przyjeździe do Warszawy w witrynie Teatru Żydowskiego widziałem plakaty spektakli według Hanocha Levina, Savyona Liebrechta. Wielki sukces odniósł tu mój kolega Etgar Keret. I jeszcze graffiti: „Żydzi, tęsknimy za wami". To dla mnie ekscytujące. Przeszłość to nie tylko fakty i daty, to stany umysłu. Jak w filmie Marcina, gdzie chwilami nie wiadomo, czy akcja toczy wśród żywych czy wśród umarłych. Można się rozliczyć z przeszłością. Pochować godnie kości znalezione po latach, znaleźć winowajcę i go ukarać. A jeśli szkielet zostanie w ziemi, w ukryciu? Wtedy okazuje się, że ten duch krąży. Jak w „Demonie". Dlatego film Marcina jest taki ciekawy.

Grał pan w tak świetnych filmach jak „Demon", izraelskie „Beaufort" czy „Liban". Więc chyba nie żałuje pan, że po wielu latach nauki porzucił pan dla aktorstwa muzykę?

W muzyce nuta „do" jest nutą „do". W aktorstwie żyjesz wśród wątpliwości: mówisz „do", a widz może usłyszeć coś zupełnie innego. Więc czasem żałuję tej utraconej pewności. Ale teatr zawsze był w moim życiu. Początkowo traktowałem go jako hobby, a potem wszystko się zmieniło. Teatr stał się wszystkim. Jest do dzisiaj. Zjechałem z nim pół świata.

Z „Hamletem" był pan również w Gdańsku.

Reklama
Reklama

Graliśmy w stoczni. Widzowie siedzieli w kameralnej sali, na obrotowych krzesłach, aktorzy chodzili w przejściach między nimi. „Być albo nie być" stawało się bardzo intymnym pytaniem. Przeżyłem niezwykłe doświadczenie, mówiąc to do Lecha Wałęsy i Andrzeja Wajdy. Byłem też w Polsce jako student na festiwalu szkół teatralnych.

Ale pana wizytówką w świecie stał się film.

Izrael jest miejscem, gdzie wszystko się ze sobą miesza: przeszłość i przyszłość, różne warstwy społeczne, ludzie ściągający tu z całego świata, o innym sposobie myślenia i zapleczu kulturowym. Ten kocioł tworzy ferment intelektualny. Nie ma jednej sztancy. Dlatego tak ciekawie rozwija się nasz przemysł filmowy – zarówno dokument, jak i fabuła. Ale muszę powiedzieć, że bardzo mi się spodobało kino polskie. Zwłaszcza że zobaczyłem tu coś, co wysoko cenię: przenikanie się środowisk teatralnych i filmowych. Tutaj można pogodzić obie pasje.

Zna pan już kilka polskich słów. To może będzie pan wracał nad Wisłę.

Byłbym szczęśliwy. Z Marcinem rozmawialiśmy o następnych filmach. Dziś jego nie ma, ale pamięć została i chciałbym, żeby we mnie rosła. Także dlatego chciałbym tu wracać, brać udział w projektach filmowych, teatralnych. Poza tym jestem zafascynowany Warszawą. Nie będę zdziwiony, jeśli wkrótce stanie się ona ośrodkiem równie ważnym dla europejskiego życia artystycznego jak Berlin.

Film
Nie żyje Magdalena Majtyka. Aktorka miała 41 lat
Materiał Promocyjny
Bezpieczeństwo to nie dodatek. To fundament systemu płatności
Film
Thierry Klifa: Bogaci Francuzi nie chwalą się majątkiem
Film
Krystyna Janda laureatką Orła
Film
„Pan Nikt kontra Putin”: narastająca propaganda reżimu obejmuje nawet dzieci
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama