Jest 16 października 1793 r. W Paryżu Maria Antonina z godnością kroczy ku gilotynie. Wśród rozjuszonego tłumu stoi 24-letni Korsykanin. W ostatniej scenie filmu zobaczymy go ponad ćwierć wieku później, samotnego, na wyspie Świętej Heleny.
Ridley Scott opowiada o człowieku, który zostaje cesarzem Francji, marzy o podboju Europy. Ale jednocześnie o mężczyźnie szaleńczo zakochanym w Józefinie, sześć lat od niego starszej byłej żonie hrabiego Beauharnais, która cudem uniknęła zgilotynowania podczas rewolucji francuskiej. W kobiecie energicznej i stanowczej, z którą jednak się rozwiódł, gdy nie mogła mu dać upragnionego potomka.
Czytaj więcej
W piątek na festiwalu EnergaCAMERIMAGE odbędzie się pokaz „Napoleona” Ridleya Scotta z Joaquinem Phoenixem w roli tytułowej.
„Napoleon” jest znakomicie wyreżyserowany, ale to przede wszystkim film dwóch artystów: Dariusza Wolskiego i Joaquina Phoenixa. Pierwszy z nich zrobił genialne zdjęcia, sceny bitew zapierają dech w piersiach. Drugi stworzył na ekranie postać władcy chorego z ambicji, a jednocześnie mężczyzny zdradzanego i niepewnego w swoim związku.
Film Scotta porywa obrazami, a jednocześnie… nuży. Widz ogląda sześć wielkich bitew – od zwycięstwa w Tulonie w 1793 roku aż do klęski pod Waterloo w roku 1815. Zawodzi, niestety, scenariusz. Zastrzeżenia zgłaszają historycy, przede wszystkim jednak „Napoleon” przypomina kolubryny z lat 60. i 70. XX wieku.
Dzisiaj filmowcy szukają bardziej współczesnego spojrzenia na dzieje. Pokazują meandry polityki czy – jak pisał recenzent „Variety” – „przeszukują przypisy historii”. W „Napoleonie” brakuje refleksji na temat ofiar wojen – ginie bezimienna masa, tylko na końcu pojawia się napis, że straciło wówczas życie 3 mln ludzi. Postać samego Napoleona też nie jest pogłębiona – nie wiadomo, jak w chłopaku z Korsyki narodziła się żądza władzy, nie wybrzmiewają jego liczne romanse.
Być może przynajmniej na część pytań odpowie czterogodzinna wersja reżyserska, która ma być pokazywana w streamingu.