Sam Mendes: Historia niczego nas nie uczy. Ciągle walczymy z tymi samymi demonami

– Ciągle walczymy z tymi samymi demonami. Trzeba o tym mówić w sztuce – uważa reżyser Sam Mendes. Jego nowy film „Imperium światła” wszedł do kin.

Publikacja: 07.03.2023 03:00

Sam Mendes: Historia niczego nas nie uczy. Ciągle walczymy z tymi samymi demonami

Foto: AFP/VALERIE MACON

Powiedział pan, że „Imperium światła” to dla pana bardzo osobiste doświadczenie, bo pana matka cierpiała na schizofrenię. Czy praca nad tym filmem pozwoliła panu spojrzeć na jej chorobę z innej perspektywy?

Tak, bo próbowałem oglądać świat i lata 80. jej oczami. Nie chciałem wprowadzać na ekran siebie – wówczas młodego chłopca. Publiczność koncentrowałaby się na nim, może by mu współczuła. To miała być jej historia. Opowieść o życiu na granicy rzeczywistości, o chwilach poprawy i zapadania się, o leczeniu. I ta podróż stała się dla mnie ważna. Myślę, że mogłem ją odbyć tylko w kinie. Widzi pani, wciąż wierzę, że ono ma wartość terapeutyczną.

Sylwetka

Sam Mendes

Ur. 1 sierpnia 1965 r. w Reading – reżyser, scenarzysta, producent. W 2008 r. znalazł się na 15. miejscu na liście najbardziej wpływowych Brytyjczyków według „Daily Telegraph”. Karierę zaczynał w teatrze, reżyserował na West Endzie i Broadwayu. W 1999 r. nakręcił debiutancki film „American Beauty”, który zdobył pięć Oscarów. Następne jego filmy to m.in.: „Droga do zatracenia”, „Jarhead: Żołnierz piechoty morskiej”, „Droga do szczęścia”, „Para na życie”, „Skyfall” i „Spectre”, dramat wojenny „1917”. „Imperium światła” można już oglądać w polskich kinach.

Praca nad „Imperium światła” rzeczywiście pomogła panu zrozumieć własną przeszłość? 

Zdecydowanie tak. Ale nie zrobiłem tego filmu tylko dla siebie. Ludzie unikają rozmów na temat choroby psychicznej. Jak ktoś wyjdzie ze szpitala po operacji raka, wszyscy pytają: „Jak się czujesz, czy musisz mieć chemioterapię, kiedy masz kontrolę?”. Gdy ktoś opuszcza oddział psychiatryczny, ludzie wstydliwie milczą. W „Imperium światła” sam chciałem nauczyć się mówić o psychicznej chorobie, ale też obalić pewne tabu. Przerwać ciszę. 

Po pandemii, gdy tylu ludzi doświadczyło poważnych objawów depresji, zaczyna się o tym mówić głośno.

Tak, ale wciąż dotyczy to głównie depresji. O innych zaburzeniach nadal się nie wspomina, a chory człowiek jest naznaczony, niemal stygmatyzowany. Choć oczywiście sporadycznie pojawiają się już filmy na przykład o demencji.

Choćby „Ojciec” z genialnym Anthonym Hopkinsem i świetną Olivią Colman, która u pana gra główną bohaterkę. Ale „Imperium światła” jest nie tylko studium choroby. To również opowieść o społecznym wykluczeniu. Hilary jest wyrzucana na margines z powodu psychicznej niesprawności, jej przyjaciel z powodu rasy i narastającej w miasteczku nienawiści do „kolorowych”. 

Ciągle walczymy z tymi samymi demonami i trzeba o tym mówić w sztuce. W literaturze, filmie. Zwłaszcza że historia niczego nas nie uczy. Oglądając „Imperium światła”, można zapomnieć, że akcja toczy się przed 40 laty. Czy tak wiele się zmieniło w naszym stosunku do inności? Czy staliśmy się bardziej otwarci i tolerancyjni? Artyści nie powinni na to pozostawać obojętni. Jeśli nie my, to kto będzie przypominał o krzywdach, niesprawiedliwościach, nierównościach, jakie wciąż dotykają ludzi? Wierzy pani, że zrobią to politycy? Ja nie. 

Jest też w „Imperium światła” małe kino, w którym pracują bohaterowie. I wiara w magię i siłę sztuki filmowej. A pan zaczynał reżyserską karierę w teatrze.

Doświadczenia teatralne pomogły mi na planie filmów. Scena daje możliwość spotkania na żywo z publicznością, obserwowania, jak ludzie reagują, reżyser uczy się tam kontaktu z autorem, z tekstem, pracy z aktorami. Przy filmach wszystko wygląda inaczej, ale i tak doświadczenie teatralne procentuje. Odwrotnie zresztą też praca na planie zmienia spojrzenie na teatr, bo wszędzie przecież chodzi o to samo: o opowiadanie historii. 

Pana filmowy debiut, „American Beauty” dostał osiem nominacji do Oscara i pięć statuetek, w tym dla najlepszego filmu, za reżyserię i scenariusz.

Potraktowałem te Oscary jak dług, który muszę spłacić. I spłacam go od ponad 20 lat. 

Wyreżyserował pan potem filmy bardzo różne: dramaty obyczajowe, wojenne, ale też „Skyfall” i „Spectre”, które zmieniły serię z Bondem.

Staraliśmy się z Danielem Craigiem zrobić coś współczesnego, z czym mogła się utożsamić nowa publiczność. Ta, która już nie wierzy w nieśmiertelność herosów i całkowicie szczęśliwe happy endy. 

Daniel Craig zrezygnował z roli Bonda. Chciałby pan zaangażować się w nową odsłonę serii?

Nie, bo uważam, że teraz powinien ją pociągnąć ktoś młody, z innym spojrzeniem na agenta 007 i jego rolę w świecie. Może mogłaby to przejąć kobieta reżyserka? Nie wiem, ale to musi być ktoś, kto spojrzy na Bonda całkiem świeżym okiem.

Gdyby miał pan budżet i wolność wyboru, jaki film by pan dzisiaj zrobił?

Kiedy robiłem Bonda, myślałem o moich starszych dzieciach – dzięki tym filmom mogłem być „najfajniejszym rodzicem w szkole”. Teraz chciałbym pomyśleć o mojej pięcioletniej córce, nakręcić dla niej coś szalonego, pełnego fantazji. Czuję, że mogę już sobie pozwolić na eksperyment. Może musical?

Film
Krakowski Festiwal Filmowy. Magowie bywają i wielcy, i okrutni
Film
Łódź Kaliska: 44 lata artystycznej grupy
Film
Złota Palma dla Triet. Konkurs w Cannes na bardzo wysokim poziomie
Film
"Barbie". Zanim pojawi się Margot Robbie
Materiał Promocyjny
ESG - Raportowanie w praktyce – IV edycja
Film
Złota Palma dla „Anatomii Upadku” Justine Triet
Film
Cannes 2023: Nagroda FIPRESCI dla „Strefy interesów”