Fenomen

Reż. Małgorzata Kowalczyk

Sam o sobie mówi, że nie nadaje się do nowego świata, że jego wnuczka lepiej obsługuje komputer  niż on, że denerwuje się, kiedy cokolwiek nawala mu w komórce.

Czytaj więcej

Film o Jurku Owsiaku zebrał owacje na stojąco. Już niebawem wejdzie na ekrany kin

„Fenomen” to opowieść o Jerzym Owsiaku i jego Wielkiej Orkiesteze Świątecznej Pomocy, która zaczęła skromnie. W Dwójce TVP zwariowany rock-and-rollowiec Jurek Owsiak w programie „Róbta co chceta” zarządził zbiórkę pieniędzy po prośbie o pomoc kardiochirurga z Centrum Zdrowia Dziecka. Do redakcji zaczęły przychodzić tony listów. Z banknotami. Zrodził się pomysł imprezy, z której dochód wspierałby szpitale. Rejestrując tę akcję w ZAiKS-ie Owsiak na poczekaniu wymyślił nazwę: Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. I tak zostało. TVP oddała mu siedem ośrodków i 3 stycznia 1993 roku, choć temperatura wynosiła minus kilkanaście stopni, odbył się pierwszy finał WOŚP-u. Pod gmachem telewizji kłębił się tłum, w warszawskim studiu panował bałagan, wszyscy wchodzili i wychodzili, wysypywali na ziemię z worków pieniądze,  strażak telewizyjny zamiatał banknoty, harcerze je prasowali. Kolejarze wozili wolontariuszy do Warszawy za darmo. Jak mówi w filmie Agata Młynarska „to było coś, co zmieniło Polskę”. Stał się cud.

I ten cud trwa od trzydziestu lat. Dzięki Orkiestrze Świątecznej Pomocy w każdym roku fundacja Owsiaka zaopatruje szpitale w nowoczesny sprzęt, a do studia w czasie finału przychodzą dzieci i dorośli, którym sprzęt zakupiony przez Fundację ratował życie. A sumy zbierane do puszek i w czasie licytacji rosły z roku na rok. Ostatnia kwota, z 2022 roku, to 224 376 706 zł. Owsiak pomagał i nadal pomaga polskim szpitalom. Gdy wybuchła wojna w Ukrainie, także tam skierował transporty.

Przez te wszystkie lata Jerzy Owsiak pojawiał się wśród kandydatów do pokojowej Nagrody Nobla, dziękowali mu lekarze i pacjenci. Ale odezwała się też ta „druga Polska”. Zaczęły się sypać obelgi, hejt, lekceważące komentarze części PIS-owskich polityków, procesy sądowe. Wciąganie do polskiego kotła. Bo film Małgorzaty Kowalczyk jest też opowieścią o Polsce. A właściwie o dwóch Polskach. Tej, która bawi się, zbiera pieniądze, które komuś być może pomogą przeżyć i pokonać chorobę, a czasem, niewiele mając, przynosi do studia złotą obrączkę. I tej, która obraża, hejtuje wszystko, co wymyka się spod władzy Kościoła i partii rządzącej, co niesie wolność. Tej, która  Radiu Maryja zarzucała Owsiakowi „praktyki satanistyczne na Przystanku Woodstock”, która omal nie wypompowała przez swój jad energii z człowieka potrafiącego wydobyć z Polaków to, co w nich najpiękniejsze.

Graj, Jurku, do końca świata i jeden dzień dłużej!

Duchy Inisherin

Reż.: Martin McDonagh

Wyk.: Colin Farrell, Brian Glissan, Barry Keoghan

Ten film znakomitego brytyjskiego dramatopisarza i reżysera zdobył już na całym świecie blisko 100 nagród, w tym weneckie Lwy i 3 Złote Globy. W tym tygodniu dostał 10 nominacji do brytyjskich BAFTA, jest też jednym z faworytów w wyścigu do Oscara. I popisem aktorstwa Colina Farrela i Briana Gleesona.

Akcja „Duchów Inisherin” toczy się pod koniec wojny irlandzkiej, w 1923 roku. Na małą wysepkę Inisherin odgłosy walk dochodzą, ale nikt wojną tu nie żyje. Tutaj źycie toczy się jak zawsze.

Padraic i Colm przyjaźnią się „od zawsze”. Aż do dnia, gdy Colm nie odpowiada na wołanie Padraica i wręcz zamyka przed nim drzwi. Zrywa wszelkie relacje. Chce poświęcić się muzyce, starszy od kumpla o 15-lat nie chce już tracić czasu na gadanie o niczym. Mówi Padraikowi: „Po prostu już cię nie lubię”. Zapowiada, że za każdym razem, gdy się do niego odezwie, przyśle mu swój odcięty palec. I nie są to słowa rzucane na wiatr.

McDonagh portretuje też innych mieszkańców wyspy. Każdy tutaj nosi w sobie problemy, skrywane bardzo głęboko. Lęki jeszcze pogłębia tocząca się za wodą wojna. Film staje się  opowieścią o odrzuceniu, ale i o tym, jak niesprawiedliwość, której doświadczamy zmienia nas, jak twardniejemy i zacinamy się w sobie.

McDonagh precyzyjnie buduje atmosferę wyspy, konstruuje znakomite, często pełne ironii dialogi, opowiada o tym, co w człowieku tkwi najgłębiej. Nastrój zawieszonego w czasie Inisherin podkreślają zdjęcia Bena Davisa oraz muzyka Cartella Burwella. A w pełnym prawdy filmie i jego poturbowanych bohaterach odbija się współczesny świat z jego wszystkimi niedoskonałościami, lękami i narastającą nienawiścią. To jest film, który trzeba zobaczyć koniecznie.

Till

Reż.:  Chinonye Chugwu

Wyk.: Danielle Deadwyler, Jalyn Hall, Jamie Renell

To prawdziwa historia afroamerykańskiej działaczki walczącej o prawa czarnoskórych obywateli USA. Pochodząca z Nigerii reżyserka Chinonye Chugwu przywołała zdarzenia z sierpnia 1955 roku. Mamie Till sama wychowywała syna. W Chicago, gdzie nie było już segregacji rasowej. Ale czternastolatek w czasie wakacji postanowił pojechać na Południe, do stanu Missisipi, by poznać swoją rodzinę. Matka przestrzegała, jednak on nie nie wiedział, że w Money nie wolno mu nawet zagadać do białej sprzedawczyni. Niewinny komplement wywołał furię kobiety i zemstę jej brata i męża, którzy nocą odszukali Emmetta wyciągnęli go z łóżka i wrzucili do samochodu. Potem już była tylko stodoła, z której dochodził dziki krzyk bólu, wycie katowanego człowieka. Był 28 sierpnia 1955 roku.

Chinonye Chugwu zrobiła film o kobiecie, która musiała przeżyć śmierć syna. Pokazała miłość matki i jej bezgraniczną rozpacz, gdy na dworcu zamiast witać wracające z wakacji dziecko, odbiera trumnę z jego zwłokami. Przerażenie, gdy potem uchyla wieko. Bo Emmett miał zmasakrowaną twarz, a jego ciało było opuchniętą miazgą. Ale Chugwu chwyta też moment, w którym ta rozpacz przeradza się w gniew. Mamie Till nie pozwala podczas pogrzebu zamknąć wieka trumny. Chce, by „świat zobaczył to, co ona widziała”. To moment, w którym rodzi się w niej bunt. Po śmierci syna Mamie Till skończyła studia, pracowała jako nauczycielka i do końca życia (umarła w 2003 roku) działała na rzecz równych praw dla Afroamerykanów.

Filmy o nierównościach rasowych w Ameryce wciąż w Stanach powstają. Twórcy przypominają, ostrzegają. Chinonye Chugwu historię  zbrodni pokazała oczami matki, granej genialnie przez typowaną do Oscarowej nominacji Danielle Deadwyler. Opowiedziała o bezgranicznej miłości i potwornej tragedii kobiety, która na zawsze pozostanie z obrazem zakatowanego ciała swojego syna i wyobrażeniem tego, co  przeżył w ostatnich godzinach życia.

A warto się również wsłuchać w muzykę Abla Korzeniowskiego – polskiego kompozytora, który zadomowił się w Stanach i skomponował muzykę do ponad trzydziestu filmów, m.in. „Samotnego mężczyzny” i „Zwierząt nocy” Toma Forda czy „W.E. Królewskiego romansu” Madonny.