PRO

Marek Sadowski: Ten film to dowód na to, że prawdziwy artysta poradzi sobie w każdej sytuacji. Zwycięży nawet w pojedynku z techniką i literackim bestsellerem uznawanym za niemożliwy do sfilmowania.

Zobacz galerię zdjęć


Technologia 3D sprawdzała się dotąd najlepiej w animacjach dla dzieci. Aktorskie filmy realizowane z myślą o dorosłym widzu (z nielicznymi wyjątkami typu „Avatar") przypominały krakowskie szopki, w których miotały się bezradnie pomniejszone do granic absurdu sylwetki bohaterów.

Producenci uznali tę technologię jedynie za szansę powiększenia zysków. Realizując „Życie Pi", Ang Lee pokazał, że dla ambitnego twórcy to nie tylko pseudonowinka techniczna, ale całkowicie odmienna forma artystycznej wypowiedzi. A w połączeniu z technologią CGI (Computer Generated Imaginery) to szansa na prawdziwy majstersztyk. I tę szansę wykorzystał.

Film nie tylko zachwyca stroną formalną, ale także skłania do refleksji. Może nie zawsze głębokiej czy nazbyt oryginalnej, ale na pewno życiowo przydatnej.

Pochodzący z Tajwanu Chińczyk nigdy nie bał się wyzwań, realizując z sukcesem tak odmienne filmy jak kostiumowy melodramat „Rozważna i romantyczna", gejowski western „Tajemnica Brokeback Mountain", apoteozę wschodnich sztuk walki „Przyczajony tygrys, ukryty smok" czy podszyty erotyzmem dramat „Ostrożnie, pożądanie!". W jego dorobku brakowało tylko kina familijnego. Szansę na realizację tego gatunku zobaczył w „Życiu Pi", choć literacki pierwowzór – wyróżniona nagrodą Bookera i wydana w milionach egzemplarzy powieść pochodzącego z Hiszpanii Kanadyjczyka Yanna Martela – wieku odbiorców bynajmniej nie zawęża.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Lee nie był pierwszym kandydatem do ekranizacji sławnego bestsellera. Wstępne prace podjęli wcześniej m.in. Alfonso Cuaron i Jean-Pierre Jeunet. Scenariusz napisał David Magee („Marzyciel"), starając się możliwie wiernie, ale zgodnie z wymogami ekranu, odtworzyć zamysł pisarza.

Przeżywającemu kryzys twórczy pisarzowi (Rafe Spall) niezwykłą historię życia opowiada w Montrealu pochodzący z Indii dojrzały mężczyzna (Irrfan Khan) Piscine Militor Patel. To tytułowy „Pi", który w dzieciństwie skrócił swe imię wywodzące się od francuskiego brzmienia basenu, a rówieśnikom kojarzące z oddawaniem moczu.

Opowiada o szczęśliwych latach 70. ubiegłego wieku, gdzie w Indiach francuskich jego ojciec prowadził prywatne zoo, a on przeżył pierwsze miłosne zauroczenie. Gdy Pi (Suraj Sharma) skończył 17 lat, ojciec zdecydował o przeprowadzce wraz z rodziną i zwierzętami do Kanady. Statek, na którym płynęli, wskutek sztormu zatonął. Uratował się jedynie Pi i dziki tygrys bengalski zwany Richardem Parkerem.

Ich trwające wiele tygodni dryfowanie po oceanie i walka o przeżycie to zasadnicza część filmu. Sekwencje na otwartym oceanie to wspaniały popis operatora Claudia Mirandy. Obaj twórcy nie boją się kiczu, landrynkowych kolorów kojarzonych z Bollywoodem jako symboliki nadziei na ocalenie.

KONTRA

Barbara Hollender: Za niezwykłej urody, trójwymiarowymi obrazami wykreowanymi przez Claudia Mirandę w „Życiu Pi" kryją się intelektualna pustka i filmowa grafomania.

Ten film jest dla mnie tym większym zawodem, że uwielbiam Anga Lee. Uważam go za jednego z najciekawszych współczesnych artystów kina. Jego zawieszenie pomiędzy kulturą azjatycką i amerykańską, wyczulenie zarówno na filozofię Wschodu, jak i na ambicje Zachodu, tworzą wyśmienitą mieszankę. Na dodatek każda jego produkcja jest inna. Każda zaskakuje. „Życie Pi" to eksperyment z trójwymiarową techniką 3D. I trzeba przyznać, że zdjęcia Claudia Mirandy, czasem niosące spokój i wytchnienie, czasem gwałtowne i dynamiczne, tworzą nowy język kina. Problem polega na tym, że same obrazy to za mało, by powstało wciągające, inspirujące dzieło. Po obejrzeniu „Życia Pi" czułam się znużona i rozczarowana. Beznadziejne dialogi i pseudofilozoficzne rozważania ocierają się o filmową grafomanię.

Lee zekranizował książkę Yanna Martela o losach rozbitka Piscine'a „Pi" Patela, który po katastrofie statku przez 227 dni walczył o przetrwanie na tratwie dryfującej pośrodku Oceanu Spokojnego. Początkowo z czterema ocalałymi, przewożonymi z zoo zwierzakami, potem już tylko z tygrysem bengalskim Richardem Parkerem. Całą tę historię Pi opowiada dziennikarzowi. Niestety, nie powstrzymując się od wygłaszania komentarzy i sentencji na temat wiary, losu, przeznaczenia.

Patel nauczył się żyć z wrogiem, co więcej, uznał, że ta wymagająca czujności koegzystencja pomogła mu przetrwać. Zbliżył się też do Boga. W każdej rybie i w każdym wschodzie słońca widzi przejaw istnienia sił nadprzyrodzonych rządzących losem człowieka i świata. Stale zwraca wzrok ku niebu i wykrzykuje: „Boże, jakie doświadczenia jeszcze dla mnie przygotowałeś?!". Wadzi się z tą istotą najwyższą, kimkolwiek by ona była: Bogiem, Kriszną czy Allahem. A jednocześnie utrzymuje, że wierzy w możliwości i mądrość człowieka. Powstaje z tego szyty grubymi nićmi intelektualno-emocjonalny bełkot. Domorosła filozofia rodem z opowieści Paulo Coelho.

Lee próbuje wyciągnąć z książki Yanna Martela to, co najlepsze. „Życie Pi" jest opowieścią nie tylko o przetrwaniu i wierze rodzącej się w obliczu zagrożenia, ale też o snuciu historii. Patel jest w stanie wymyślić całkiem inną, może nawet bardziej wiarygodną wersję własnego przetrwania. Niestety, nic nie pomaga.

Film wręcz poraża banałem. Lee gubi gdzieś całe swoje wyrafinowanie. Wypowiadany w czasie rozmowy z dziennikarzem potok słów jest nie do zniesienia, a film – unurzany w pseudomądrościach – staje się pretensjonalny. Zamiast zadumy budzi nerwowy śmiech. I nawet ciągnięte w nieskończoność sceny na oceanie zaczynają nudzić. Żeby chociaż Richard Parker pojawił się na końcu i zeżarł mędrkującego Patela. Ale widz nie może liczyć nawet na taki zwrot akcji. Nuda, banał i pustka.