[b]Czy kiedyś spotkał pan taką rodzinę bezrobotnych pijaków jak klan Strobbe, o którym pan opowiada?[/b]
[b]Felix van Groeningen:[/b] Nie, ale po przeczytaniu książki mogłem ich sobie wyobrazić. Mój ojciec miał bar w Ghent, w nim właściwie się wychowałem. Widziałem tam wielu pijanych, jednak nie tak agresywnych. Obejrzałem też kilka dokumentów. Zapadł mi w pamięć szczególnie jeden: o brukselskiej rodzinie – pijącej mniej i nie tak gwałtownej jak Strobbe – która bardzo ze sobą trzymała. Szanuję takich ludzi, uważam, że nie powinno się na nich patrzeć z góry.
[b]W „Boso...” matka czterech synów to porządna kobieta. Jak to możliwe, że wychowała nierobów?[/b]
Jej mąż był pijakiem. Trudno, by synowie stali się inni. Poza tym po śmierci ojca byli już dorośli i jej nie pozostawało nic innego jak po nich sprzątać. Nie mogła już niczego zmienić.
[b]Ciężko jest dorastać w takim otoczeniu, w jakim wychowuje się Gunther – narrator. Jakie cechy trzeba mieć, żeby nie stać się takim jak toksyczna rodzina?[/b]
Kiedy pisałem scenariusz, było mi trudno opowiadać historię chłopca chcącego wyrwać się z okropnego domu, ponieważ wydało mi się to zbyt banalne. Gunther chce wieść inne życie niż ojciec i wujowie. Odróżniają go odwaga i nadzieja. Trzeba też mieć szczęście. Ale w jego rodzinie nie wszystko jest zupełnie złe, jest w niej też miłość.
[b]Czy to uczucie wystarczy, by dziecko było w rodzinie szczęśliwe?[/b]
Potrzeba miłości i dumy z przynależności do rodziny. Rodzina powinna być miejscem, do którego można wrócić, gdy nie zaakceptuje nas społeczeństwo.
[b]Czy trudno było adaptować czyjś tekst – w tym przypadku powieść Dimitri Verhulsta – po tym, jak napisał pan scenariusze do swoich dwóch pierwszych filmów?[/b]
Nie, ponieważ wymyślenie historii i bohaterów sprawia mi największą trudność. Adaptując książkę, miałem za zadanie jedynie odtworzyć uczucia, jakich doznawałem, czytając ją.
[b]Czy od razu się panu spodobała?[/b]
Dopiero, gdy skończyłem ją czytać. Z początku przełożenie jej na ekran wydało mi się niewykonalne – poprzednie książki Verhulsta są niemożliwe do zaadaptowania.
W „Boso...” naturalizm łączy się z groteską i ironią. My nie znamy pana wcześniejszych filmów.
[b]Czy to typowy dla pana styl?[/b]
W pewnym sensie. To, co dla mnie typowe, w „Boso...” zostało doprowadzone do ekstremum. Lubię zderzać piękno z brzydotą, sytuacje śmieszne z cierpkimi. Lubię mieszać nastroje – tak właśnie rodzi się na ekranie poezja.
[b]Filmowe sceny są bardzo naturalne. Czy dużo próbował pan z aktorami?[/b]
Mnóstwo! I to przez rok od castingu do rozpoczęcia zdjęć. Muszę wiedzieć, w jakim kierunku podążam, a dowiaduję się tego w trakcie prób.
[b]Gdzie znalazł pan plenery?[/b]
Potrzebowałem autentyzmu i lokalnego dialektu, więc kręciłem w Aalst – Verhulst pochodzi z wioski nieopodal miasta. Niektóre postaci zostały przez nas wzięte z baru, inni sami przyszli na plan.
[b]Po otrzymaniu w Cannes Nagrody Francuskiego Systemu Edukacji Narodowej za „Boso...” stał się pan gwiazdą belgijskiego kina. Chyba nie miał pan kłopotów z funduszami na kolejny film?[/b]
W Belgii nie ma problemów z finansowaniem filmów. Na moje nieszczęście realizują je utalentowani ludzie. Konkurencja depcze mi po piętach.