Jeszcze za życia okrzyknięto ją królową fado, a z czasem jej prochy umieszczono w narodowym panteonie. Jej burzliwe życie osobiste i karierę artystyczną, drogę z ubogich przedmieść Lizbony na arystokratyczne salony i prestiżowe sale koncertowe Europy i Ameryki Południowej spróbował przedstawić Carlos Coelho da Silva. Z mizernym skutkiem.
[wyimek][link=http://www.rp.pl/artykul/9146,494784_Kiczowaty_portret_krolowej_fado.html]Kiczowaty portret królowej fado[/link][/wyimek]
„Amalię. Królową Fado” rozpoczyna scena koncertu tuż po rewolucji goździków 1974 r., która doprowadziła do upadku Salazara, wieloletniego dyktatora Portugalii. Pojawieniu się Amalli (Belo) na scenie towarzyszy buczenie i okrzyki: „faszystka”. Artystka z kamienną twarzą zaczyna śpiewać i sala cichnie, kolaboracja z reżimem zostaje darowana. Twórcy filmu nie drążą tematu, szybko przenoszą się do dzieciństwa i pierwszych prób wokalnych. A potem nagle jest rok 1984 r., gdy w Nowym Jorku Amalia czeka z niepokojem na medyczną diagnozę wyrokującą o dalszym życiu.
Zaburzona chronologia to zabieg częsty w kinie biograficznym. Tu jednak zadania nie ułatwia. Łatwo pogubić się w poszatkowanym na mikroelementy życiorysie artystki, zwłaszcza że o politycznym tle Portugalii czasów, w których żyła, wiemy raczej niewiele.
Reżyserowi udało się utrzymać tempo ukazywanych zdarzeń zaledwie przez pierwszą godzinę, kolejna wlecze się niemiłosiernie. Do tego dochodzi fatalne aktorstwo (nie dotyczy to odtwórczyni głównej roli) w stylu południowo-amerykańskich telenowel, gdzie wybałuszone oczy sygnalizują głębokie przeżycia i wewnętrzne niepokoje. Oglądać nie warto, lepiej słuchać fado.