Aktorzy pierwszoplanowi grali [w "Marat/Sade"], a my z tyłu się bujaliśmy. Przez cztery godziny. W końcu nie wytrzymałem, bo zawsze Maniek rozrabia pierwszy. Powiedziałem tak: "Posłuchaj, Kondziu kochany, ty cały czas palisz, a my też jesteśmy palący i nie możemy. Zrób nam chociaż krótką przerwę. Przecież już wiesz, jak się pięknie bujamy". A on: "Nie". No, to łamiąc dyscyplinę, sami opuszczaliśmy scenę i paliliśmy. Potem napisał na nasz temat paszkwil: że z aktorami warszawskimi nie da się pracować - mówi Marian Kociniak, aktor Teatru Ateneum w Warszawie.

"Rzeczpospolita": Jest pan z rocznika 1936. Pamięta pan przedwojenną Warszawę?

Marian Kociniak: Jestem młody chłopak wychowany na Dolnym Mokotowie! Mieszkałem przy Łazienkach, na Bończy, ulicy, której dziś nie ma. W okolicy było sporo mętów społecznych. Panowała straszna bieda. Nieprawdopodobna! Ojciec kupował tytoń i gilzy, robił papierochy, a ja je sprzedawałem. Jeszcze przed okupacją. Biegałem po ulicy i krzyczałem: "Papierosy swej roboty! Papierosy! Papierosy!". To były zaczątki mojego aktorstwa. Na Bończy mieszkaliśmy do spalenia domu.

Jak to się stało?

Jak to jak?! Był 1944, Niemcy szli z miotaczami ognia i palili całą ulicę. Uciekaliśmy w kierunku Pyr. Tam ojciec umieścił nas w starej cegielni, na słomie. Tak przetrwaliśmy do końca okupacji.

Czy przedwojenna bieda sprawiła, że pana rodzina łatwiej przyjmowała rzeczywistość PRL?

Mój ojciec całe życie słuchał Londynu i Radia Wolna Europa. Od dziecka byłem wychowywany w duchu antykomunistycznym. Nie cierpieliśmy czerwonego koloru od początku. Ojciec przejął to od dziadka, ja od ojca. Dlatego czasy powojenne były dla nas ciężkie. Ci, którzy należeli do ZMP, lepiej sobie radzili. Mieli wyższe stypendia.

Pan nie należał.

Nie należałem.

W licznym był pan gronie?

Na roku można było nas policzyć na palcach jednej ręki. Na szczęście dostałem pokój w akademiku Dziekanka. Kiedy już odnosiłem sukcesy w teatrze, Janusz Warmiński, mój ukochany dyrektor Ateneum, mówił mi tak: "Panie Marianie, gdyby pan zechciał się zapisać do partii, toby pan dostał mieszkanie". Odpowiedziałem: "Ale ojciec by mnie zabił". I mieszkałem po kątach. W teatrze też - w sznurowni. Przez wiele lat. Aż poznałem małżonkę, Grażynkę, która przygarnęła mnie do swojego domu. Miałem farta, w ogóle mam w życiu szczęście. Dlatego książkowy wywiad-rzekę o moim życiu pozwoliłem sobie zatytułować "Spełniony". Bo uważam się za aktora spełnionego.

Jak do tego doszło?

Zacznijmy od szkoły podstawowej, którą kończyłem w Rembertowie. Rodzice nie życzyli sobie, żebym jeździł do Warszawy. To było 15 kilometrów. Ojciec chciał, żebym poszedł do dwuletniej szkoły ślusarskiej i jak najszybciej zarabiał pieniądze. Na szczęście miałem cudowną polonistkę, która ubłagała tatę, żeby mnie puścił do stolicy. A kim każdy młody człowiek chciał wtedy być? Pilotem! Dostałem się do technikum budowy silników na Hożej. To było ostatnie cywilne technikum lotnicze. Kiedy byłem w pierwszej klasie, przyszła do nas przeurocza aktorka Janina Polakówna z Teatru Powszechnego. Prowadziła kółko dramatyczne, zrobiliśmy z nią "Zemstę" Fredry, grałem Papkina. Objechałem wszystkie szkoły w Polsce i łyknąłem bakcyla. Zapisałem się do grupy teatralnej w MDK, gdzie dziś jest Teatr Buffo. Poznałem m.in. Janka Kobuszewskiego. Ale nie graliśmy razem, bo on zawsze był ode mnie starszy o dwa lata. W drugiej klasie technikum poszedłem do szkoły teatralnej, gdzie przyjął mnie Aleksander Zelwerowicz. Jego asystentem był Kazimierz Rudzki. Mówiłem fragmenty "Zemsty", wiersze Mickiewicza i Tuwima. Pan Kazimierz powiedział: "Synku, najpierw skończ szkołę, a jak zdasz maturę, zostaniesz przyjęty bez egzaminu".

Nie spieszyło się panu do szkoły aktorskiej?

Straszne były te dwa lata. Tęskniłem do wydziału aktorskiego i miałem kłopoty z ocenami. Byłem dobry tylko z matmy. Niektórzy profesorowie kpili ze mnie, mówiąc, że prędzej im kaktus na dłoni wyrośnie, niż dostanę się do PWST. Szkoda, że ich później nie spotkałem. Bo kiedy po dwóch latach przyszedłem do pana Kazimierza Rudzkiego, usłyszałem: "Pamiętam, synku". I wysłał mnie na obóz kondycyjny, gdzie były zajęcia z wiersza, prozy i baletu.

Co panu mówił Zelwerowicz?

Już nie pamiętam, ale był zachwycony młodym człowiekiem. Wiedział, że coś ze mnie wyrośnie. I wyrosło. Oj, wyrosło!

Ważniejszy był dla pana Ludwik Sempoliński czy Kazimierz Rudzki?

Sempoliński był findesieclowy, z laseczką i melonikiem. Wolałem zajęcia z Aleksandrem Bardinim, który cenił piosenkę dramatyczną. Pierwsze teksty pisał Wojciech Młynarski, to się je trenowało. Na dyplomie śpiewałem szlagiery międzywojnia. I kupił to Teatr Ateneum. Tak wszedłem na scenę, z którą byłem związany przez wiele lat. Wtedy pojawił się Konrad Swinarski i zrobiliśmy z Bronkiem Pawlikiem "Testament psa".

Jak się panu pracowało ze Swinarskim?

Niech mu ziemia lekką będzie, ale strasznie. Był panem wielce utalentowanym, jednak kabotynem, człowiekiem niezrównoważonym, wychowanym przez Brechta - stąd brał się jego niemiecki dryl. A na próbach palił bez przerwy.

A "Marat/Sade"?

Miałem dwojakie zajęcie: grałem jedną z dużych ról w śpiewanym kwartecie i statystowałem w głębi sceny. Aktorzy pierwszoplanowi grali, a my z tyłu się bujaliśmy. Przez cztery godziny. W końcu nie wytrzymałem, bo zawsze Maniek rozrabia pierwszy. Powiedziałem tak: "Posłuchaj, Kondziu kochany, ty cały czas palisz, a my też jesteśmy palący i nie możemy. Zrób nam chociaż krótką przerwę. Przecież już wiesz, jak się pięknie bujamy". A on: "Nie". No, to łamiąc dyscyplinę, sami opuszczaliśmy scenę i paliliśmy. Potem napisał na nasz temat paszkwil: że z aktorami warszawskimi nie da się pracować.

Jak się panu grało w socjalizmie "Śmierć komiwojażera", sztukę o drapieżności kapitalizmu?

Ciekawe, że była mocno ocenzurowana. Właśnie dlatego, że miała posmaczek kapitalizmu. Ale to nie jest moja ulubiona rola ze 150, jakie zagrałem w Ateneum.

Woli pan pewnie Benię Krzyka w "Zmierzchu" Babla?

Tak. I po latach wróciłem do tego tekstu. Na czterdziestolecie pracy aktorskiej zagrałem starego Mendla. Po Świderskim. Mogę opowiedzieć anegdotę z życia wziętą. Otóż pan Świderski był wybitnym aktorem, ale nie najlepszym człowiekiem. Strasznym zazdrośnikiem. Kiedy miałem monolog Beni i wypruwałem flaki, żeby wypowiedzieć credo mojego bohatera, wymyślił sobie, że będzie stał na proscenium, tyłem do widowni.

I co robił?!

Pluł, smarkał, chrząkał. Przeszkadzał mi. Nie wytrzymałem, podszedłem do Świderskiego, mój wzrok wtedy zabijał, i miałem na języku: "Już? Wypierdziałeś się już? Mogę kontynuować?". Opadła kurtyna, Świderski pobiegł do Warmińskiego i krzyknął: "Wyp.... tego gnoja natychmiast". To był szkopuł dla dyrektora. Ze Świderskiego nie mógł zrezygnować, a ze mnie nie chciał. Ale jak na wybitnego dyplomatę przystało - wybrnął z kłopotu. Dlatego nazywaliśmy dyrektora - Chińczyk.

Co na to Świderski?

Nie odkłaniał mi się, dlatego przestałem mu mówić dzień dobry. Na 15 lat! Wytrzymaliśmy w milczeniu do czasu, kiedy przyszedł do mnie i zapytał: "No to co, Marian, gniewamy się nadal?". Odpowiedziałem: "Ja się nie gniewam. Powiedziałem tylko to, co uważałem za słuszne". "A zagrałbyś u mnie, bo chciałbym zrobić Policję Mrożka?". Chętnie się zgodziłem. Grał starego Generała, a ja więźnia. Zjechaliśmy całą Polskę i pół świata. Wypiliśmy morze alkoholu i graliśmy w karty, bo ja jestem hazardzista. Brydżysta i pokerzysta. Na niewielkie stawki.

Wygrywa pan?

Różnie. Ale bilans jest dodatni. Spełniony jestem, jak już powiedziałem.

A słynne kości w kulisach Ateneum?

Wprowadził je mój ukochany guru - Gustaw Holoubek. Na stoliku z zielonym suknem graliśmy latami, kiedy były przerwy w roli: Gustaw, Maniek Opania, Wiktor Zborowski i ja. Kibicował nam Andrzej Seweryn. Stał, stał, po czym zapytał, czy może się dosiąść, i też z nami grywał. Też się wciągnął.

Co dawały kości?

Troszeczkę luzu. Zapominało się o robocie na scenie.

Odzywki były jak w "Tangu"?

Podobne. Kiedyś graliśmy w pokera, kolega miał wyjść na scenę i powiedzieć, że ta sztuka nie ma wad, tylko zalety. A powiedział, że ma same walety! I to była prawda, bo miał karetę waletów!

W "Apetycie na czereśnie" Osieckiej grał pan z Igą Cembrzyńską.

Nauczyłem się wtedy kameralnego aktorstwa, bo to było na scenie 61, z małą widownią, blisko widza. Pewnego wieczoru posypaliśmy się w jednej kwestii i nie mogliśmy wybrnąć. W końcu Iga zeszła ze sceny. Tłumacząc, że koleżanka często zostawia mnie samego, przeprosiłem publiczność i dostałem aplauz. Ale kiedy Iga wróciła, powiedziała: "Ale to ty się pomyliłeś, Marian!". I dostała większe brawa.

W filmie debiutował pan w "Niewinnych czarodziejach".

Szkolny epizodzik, podobnie jak w "O dwóch takich, co ukradli księżyc".

Spotkał pan braci Kaczyńskich?

A jakże. Uroczy chłopcy, naprawdę. Pytali, jak grać, dawałem im rady. Ale pierwszy liczący się dla mnie film to były "Czerwone berety".

Jakim był pan komandosem?

Niedobrym. Wyrzuciłem konduktora z pędzącego pociągu. Mój bohater myślał, że go zabił, i miał wyrzuty sumienia. Dostawał od kolegów kocówy. Ale później się zrehabilitował.

Ćwiczył pan?

Głównie skoki. Z wieży. Była taka scena, że ratowałem kolegę. Mieliśmy wylądować we dwóch na moim spadochronie. W powietrzu trzymał mnie helikopter. Przyjechał pułkownik. "Czy wy chcecie iść do pierdla?!". Okazało się, że maszyna wirowała na poziomie, gdzie nie ma ciągu i może spaść jak kula.

Zrobił pan cały cykl filmów z Henrykiem Klubą, w tym "Chudego i innych". Niezwykle plastyczny, a jednocześnie realistyczny.

Kluba to był wybitny reżyser. Grałem Partyjnego. Naiwniaczka, ale fajnego. Z Niemczykiem, Gołasem, Pieczką.

Co panowie robili poza planem?

Pili gorzałę i grali w karty. Tak proszę napisać. Bez żadnych ozdobników. Jak piłem, to piłem, jak palę, to palę, a jak gram, to gram.

A jak pan rozpętał drugą wojnę światową?

To była rola bliska cwaniakowi z Dolnego Mokotowa. Nie musiałem się specjalnie naginać.

W trzy karty umiałby pan dziś zagrać?

Teraz już nie: nie ta sprawność rąk! Ale kiedyś - i owszem. Rola Franciszka Dolasa przyniosła mi ogromną satysfakcję i wielką popularność. Film jest zabawny. Najlepszy dowód, że chodzi w telewizji na okrągło, a Polonia amerykańska zażądała pokolorowania, co wiele kosztowało. Jednocześnie praca mnie zmęczyła. Kręciliśmy z półtora roku. Zaplanowaliśmy jeden film, a wyszły trzy serie.

Ale zwiedził pan świat.

Głównie Związek Radziecki. Tam było wszystko. Sahara też. Przyjemność polegała na tym, że pojechałem do Jałty, a zanim nastąpił pierwszy klaps, upłynęły trzy tygodnie. Wziąłem żonę, leżeliśmy sobie na plaży. Opalaliśmy się.

"Janosik" się zestarzał, ale pana pechowy murgrabia wciąż bawi.

Był taki film "Fanfan Tulipan" z rolą sierżanta idioty. Zagrałem takiego kretyna, któremu się nic nie udaje i tylko krzyczy.

Wróćmy do teatru. Kiedy pan poznał Wojciecha Młynarskiego?

Zaprzyjaźniliśmy się blisko dopiero w Ateneum, gdy zrobiliśmy "Hemara" [na zdjęciu], którego graliśmy przez 12 lat. A potem był "Tuwim" i "Zaświadczenie o inteligencji" - na podstawie Jerzego Dobrowolskiego. Piosenka jest dla mnie formą monodramu. Od komediowej wolę dramatyczną.

Jak zaczęła się pana przygoda z tryptykiem Ronalda Harwooda?

Od "Za i przeciw" z Gustawem i Lolkiem Pietraszakiem. Grałem starego skrzypka, alkoholika. Harwoodowi to się spodobało. Na jubileusz Gustawa zagraliśmy "Garderobianego".

Pan w roli tytułowej.

To był jeden z moich największych sukcesów. Po długich sporach z reżyserem Krzysztofem Zaleskim postawiłem na swoim i nie zgodziłem się na wątek homoseksualny. Uważałem, że granie cioty będzie zbyt płaskie. Kłótnie z Zaleskim trwały do premiery. Tuż po niej przyszedł do mojej garderoby, uklęknął i powiedział: "Marian, przepraszam cię, miałeś rację". Spektakl widział Harwood i z wielu inscenizacji na całym świecie moją interpretację uznał za najlepszą. Niedługo potem napisał specjalnie dla mnie "Herbatkę u Stalina".

Ile lat przyjaźnił się pan z Gustawem Holoubkiem?

Czterdzieści. Poznaliśmy się w telewizji, kiedy robiliśmy "Mario i czarodzieja" według Manna. Gustaw grał czarodzieja, a ja Mario. Miałem mało tekstu, moje zadanie polegało na tym, żeby słuchać i patrzeć jak zahipnotyzowany. Nie miałem z tym najmniejszego problemu.

Moi profesorowie przed Gustawem byli wspaniali, ale koturnowi. On mówił normalnie. Graliśmy razem na scenie i prywatnie - w brydża i w pokera. Mówił: "Telewizja i film to bzdet. Teatr uczy, wychowuje. Jest ważny. Ale nie najważniejszy. Najważniejsze jest życie: żeby u jego schyłku móc spojrzeć w lustro i powiedzieć: godziwie to życie przeżyłem". Bardzo mi Gustawa brakuje.