Jest też coś takiego jak godność społeczeństwa, i o tym słów parę. Przykrych. Komu to się nie podoba ("nie pasi"), niech dalej nie czyta. Mowa bowiem nie o tym, co wyprawiają rządzący, w czasach zarazy, bo to każdy wie, widzi i doświadcza, ale o tym jak zachowuje się polskie społeczeństwo - w znakomitej swej większości znerwicowane i rozhisteryzowane. I zanim dowiem się z komentarzy kim jestem, i na czyje zamówienie pisuję felietony, zanim uzasadnię moje rozdrażnienie, pragnę zastrzec, że rozpacz z powodu codziennych komunikatów o setkach zmarłych jest także moim smutnym doświadczeniem.

Wielu moich bliskich odeszło. Przyjaciół, kolegów, znajomych. Dramat ich rodzin jest ogromny, rozpacz i wściekłość uzasadniona. Natomiast, gdy widzę płaczące dziecko, bo nie może zjeść frytek w KFC, i pospołu z bachorem rozsierdzoną matkę, gdy widzę utyskujących młodych ludzi bo zamknięto im dyskoteki, bo nie można napić się piwska, połazić po galeriach handlowych (jakoś mało kto narzeka z powodu zamknięcia muzeów, wystaw, bibliotek), bo nie można nażreć się popcornu w kinie; gdy na każdym kroku słyszę o koniecznej pomocy psychologicznej dla dzieci i sfrustrowanej młodzieży, która nie wie, co ze sobą począć, to szczypię się po policzkach, bo wydaje mi się, że to jakiś koszmarny sen. A gdy słyszę o "dramatach" hotelarzy (którzy notabene jedną ręka odbierają "postojowe", drugą ocierają łzy do kamery), "dramatach" sklepikarzy, handlowców, usługodawców innych branż, gdzie słowo "dramat" odmieniane przez wszystkie przypadki potęguje swój wydźwięk nadając mu godny antycznego dramatu tragiczny wymiar, podczas gdy de facto chodzi o papierki - pieniądze - spadek lub brak przychodów.

Czy to doprawdy dramat? Jeśli tak, to jakiego słowa użyć dla diagnozy nowotworu złośliwego u ukochanej osoby? Zatem, gdy słyszę to kwiczenie, bo nagle mniej mamony, to tylko jedna myśl kołacze się po mojej (widać) nienormalnej głowie; staliśmy się społeczeństwem zdegenerowanym, pozbawionym hartu ducha, niezdolnym do walki. Społeczeństwem słabym, rozkapryszonym. Dla którego najwyższą wartością jest złoty cielec.

Jakim prawem ludzie, którzy nie umierają z głodu, którzy mają swoje domy czy mieszkania, których nie wywozi się do obozów koncentracyjnych, nie poniża, nie rozstrzeliwuje pod murami czy w lasach, nie katuje w niemieckich czy ubeckich więzieniach - jakim prawem, pytam - plują w twarz swoją histerią tym, którzy przeżyli piekło II wojny światowej, sześcioletnią okupację, ludziom, którzy żyli w wiecznym strachu; byli bici, prześladowani, zabijani. Jak porównać te dwie sytuacje: skomlenie z tytułu ograniczeń i niedogodności z heroiczną walką naszych przodków o przetrwanie.

Wstyd maminsynki! Wstyd, że nie potraficie zachować godności, że nie potraficie wspierać się nawzajem. Nasza sytuacja jest trudna ale nie beznadziejna. I nieporównywalna z tym, czego doświadczali inni. Dzisiaj naszym obowiązkiem jest trwanie w społecznej jedności: serdeczności, dyscyplinie, pomocy słabszym. Nie urodziliśmy się w nagrodę, a za karę. Warto o tym pamiętać. Także o tym, że jeśli człowiek nie przedziera się przez życie w samotności, bo miał to szczęście i pokochał kogoś, sam jest kochany, że jego rodzina choć kłótliwa i wredna jest wartością prawdziwą, dla której warto żyć, to nie trzeba nic więcej aby pomimo różnych trosk i przeciwieństw losu trwać w ufności i pogodzie ducha.

Zatem nie utyskujmy. Cieszmy się tym co nam dano: taką, nie inną ojczyzną, rodziną - takim, nie innym, czasem. Zarazę przetrwajmy z godnością. Tajemnica tegorocznych Świąt Wielkiej Nocy niech nas przybliży do takiej refleksji.