Gdyby w sobotę, w dniu premiery iPada, przed słynnym przeszklonym wejściem do salonu Apple’a na nowojorskiej Piątej Alei zjawili się specjaliści od uzależnień, mieliby pełne ręce roboty.
– Wiem, wiem. Jestem jabłkoholikiem – przyznaje „Rz” Constantin, około 30-letni Szwajcar mieszkający w Nowym Jorku. –Wystarczy jednak, że Steve Jobs powie: to i to warto mieć, a ja zaraz biegnę do sklepu. Wiem, że to brzmi jak szaleństwo, ale Jobs praktycznie przejął kontrolę nad moim życiem. Jeśli zacznie produkować krzesła, biurka lub toalety, to też tu po to przyjdę – dodaje. I podkreśla, że tylko dzięki firmie Apple naprawdę czuje, że żyje w XXI wieku.
Szaleniec? Po prostu geek. A może istnieje już iKult lub specyficzna iKultura? – Oczywiście, że tak. I ja czuję się jej częścią. Śledzę rozwój Apple’a od połowy lat 90., gdy Jobs wrócił do tej firmy, i mam prawie wszystko, co od tego czasu wyprodukowali. To magiczna firma produkująca najlepsze produkty na świecie. Nie ma co o tym nawet dyskutować – opowiada z iskrami w oczach Dean Vassallo z Long Island. – iPad będzie zaś naprawdę przełomowy. Właśnie dlatego nie pojechałem po niego do najbliższego sklepu, ale tutaj, do mekki Apple’a. Oczywiście wrócę tu też za miesiąc, gdy na rynek wejdzie iPad z 3G – dodaje Vassallo, podkreślając, że żadna inna firma z żadnej innej branży nie ma tak wiernych wyznawców.
Jak wyjaśniają sami fani iMaca, iPhone’a czy iPada, dzielą się oni na dwie główne grupy. Pierwsza to osoby, które uważają, że produkty z jabłkiem pozwalają po prostu na najłatwiejszą obsługę komputera. Druga to profesjonaliści, którzy chwalą zalety systemu operacyjnego Mac OS i tworzą aplikacje na produkowane przez tę firmę urządzenia.
– Przyleciałem tylko po to, żeby kupić iPada. Jest mi potrzebny do tworzenia aplikacji. W AppStore jest już dostępnych 11 moich programów, w tym dwa zaprojektowane specjalnie na iPada – opowiada mi Florian Brunbauer, Austriak, który w tym roku uczy się w Kalifornii w ramach szkolnej wymiany. Ma już m.in. 17-calowego laptopa MacBookPro i iPhone’a. Do tego czapka, T-shirt i kurtka z wiadomym znaczkiem. Firmowych ubrań nie można jednak kupić w salonach Apple’a. Skąd je wziął? – Są dostępne tylko w jednym miejscu na świecie, w siedzibie Apple’a w Cupertino. A ponieważ jestem ich wielkim fanem, to pojechałem tam i kupiłem sobie trochę rzeczy – wyjaśnia 17-letni Florian.
Najmłodsi fani firmy Apple, jakich spotkałem podczas nowojorskiej premiery, to ubrany w żółtą kamizelkę czteroletni Gregory i jego trzyletni brat Glen. Siedząc na pufach, bawili się komputerami tak, jakby najpierw poznali iMaca, a dopiero potem zaczęli chodzić. – Obaj mają iToucha. Bawią się nimi, od kiedy młodszy miał roczek, a starszy dwa latka – opowiada pochodząca z Hongkongu, ale mieszkająca na stałe w Londynie mama chłopaków Maggie Ko. – Jest ogromnie dużo gier dla przedszkolaków, które świetnie stymulują ich rozwój intelektualny. Są w nich naprawdę nieźli i na pewno lepsi ode mnie – śmieje się trzydziestoparoletnia Maggie. Nie ma też wątpliwości, że na świecie rośnie właśnie pokolenie Apple’a. Wielkim fanem produktów tej firmy jest też jej mąż. Ma on już iPhone’a i właśnie kupił iPada, który całej rodzinie ma służyć m.in. do gry w scrabble. Oboje mają też laptopy MacBookPro. – Ten sprzęt jest po prostu sexy. A do tego funkcjonalny i banalny w obsłudze – dodaje Ryan Ko, który podobnie jak wiele osób tutaj czuje się członkiem iKultury.