Reklama
Rozwiń
Reklama

Ponaglenie z Brukseli

Przez ostatnie dwa lata byliśmy zieloną wyspą na mapie Europy. Bez żartów, naprawdę byliśmy. Wskazują na to wszystkie najważniejsze statystyki gospodarcze

Publikacja: 18.02.2011 03:00

Ponaglenie z Brukseli

Foto: Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski

Trzeba powiedzieć, że na takie ogłoszenie rządu Polacy reagowali dotąd ze zdrowym sceptycyzmem, jaki zazwyczaj okazują wobec wszystkich przejawów aktywności kolejnych rządów (notabene sceptycyzmem wcale nie jednostronnym – kiedy któryś rząd mówi, że w gospodarce jest dobrze, wszyscy się śmieją i widzą tylko kłopoty, za to gdyby rząd powiedział, że np. system emerytalny za 30 lat się rozsypie i trzeba podnieść wiek emerytalny, wszyscy stwierdziliby, że to czyste panikarstwo).

Tym razem nie chodzi jednak o rządową propagandę, chodzi o twarde dane. W 2009 r., kiedy w całej Europie spadała produkcja, Polska była jedynym krajem, w którym PKB dalej wzrastał. Co jeszcze dziwniejsze, w kolejnym 2010 r. utrzymaliśmy się w grupie trzech, czterech krajów Unii, które rozwijały się najszybciej, choć przecież teoretycznie łatwiej byłoby o wysoką dynamikę rozwoju wszędzie tam, gdzie PKB spadł.

Nie jest moim celem zastanawianie się teraz, jakim cudem mogło się to wydarzyć. Bo że cud miał miejsce, nie ma raczej wątpliwości – jeśli wykluczyć ingerencję sił wyższych, to naprawdę trudno sobie wytłumaczyć, czym takim Polska przebiła wszystkie pozostałe kraje Unii i zasłużyła sobie na takie wyniki.

Jest jednak dziedzina życia, w której prawdziwe cuda zdarzają się bardzo rzadko. Tą dziedziną są finanse. A że tempo wzrostu polskiego PKB uległo silnemu ograniczeniu, spadły też poniżej oczekiwań wpływy podatkowe. Jednocześnie – w odróżnieniu od większości ministrów finansów krajów Unii – nasz minister nie zdecydował się na silne ograniczenie wydatków budżetowych, zadowalając się stosunkowo mało dotkliwymi oszczędnościami, a częściowo wręcz zabiegami natury księgowej. Czy zrobił dobrze czy źle, można się kłócić.

W 2009 r. dodatkowy impuls popytowy tworzony przez wzrost deficytu być może był właśnie tym czynnikiem, który uratował nas przed recesją. Ale konsekwencją takiego wyboru, podtrzymanego w latach 2010 – 2011, stał się gwałtowny skok zadłużenia państwa. Finanse publiczne znalazły się w dość opłakanym stanie, który nie grozi wprawdzie żadnym natychmiastowym wybuchem, ale może budzić rosnące zaniepokojenie.

Reklama
Reklama

Do chwili obecnej wszystko się jeszcze jako tako trzymało. Na tle innych krajów Unii nawet sytuacja naszego budżetu nie wyglądała aż tak źle. Ale recesja się skończyła, a więc nadszedł czas na posprzątanie jej finansowych skutków.

Komisja Europejska zwróciła się więc do nas, żądając szybkiego ograniczenia deficytu. „Jak to? – odpowiedział nasz minister. – Przecież nie mamy wcale największego deficytu w Unii”. „Oczywiście, że nie macie – odpowiedziała Komisja – ale przecież sami mówiliście, że nie mieliście recesji, więc w ogóle nie wiadomo, dlaczego wpadliście w tak duży deficyt”.

I tak oto fakt bycia zieloną wyspą zamiast pomagać, zaczął przeszkadzać naszemu wizerunkowi. Bo skoro nie potrafimy uporządkować finansów nawet w sprzyjających okolicznościach, strach pomyśleć co by było, gdybyśmy kiedyś wpadli w prawdziwe kłopoty.

[i]Autor jest profesorem, głównym ekonomistą PricewaterhouseCoopers[/i]

Materiał Promocyjny
Lokaty mobilne: Nowoczesny sposób na oszczędzanie
Ekonomia
KGHM optymalizuje zagraniczny portfel
Ekonomia
Apelują do Orlen Termika. Chodzi o zamówienia dla dostawców spoza UE
Ekonomia
PGE odstąpiła od ważnej umowy. Naliczono wysokie kary
Materiał Promocyjny
Historyczne śródmieście Gdańska przyciąga klientów z całego kraju
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama