Władze litewskie wybrały nietypowy sposób poszukiwania inwestora do budowy elektrowni atomowej, która ma zastąpić zamkniętą z końcem 2009 r. elektrownię w Ignalinie.

Po fiasku trwającego kilka miesięcy przetargu z koreańskim koncernem KEPCO realizacja inwestycji zawisła na włosku. – Rząd litewski nie musi powtarzać przetargu, będzie mógł wystosować zaproszenie do kilku wybranych firm i podjąć bezpośrednie rozmowy – mówi „Rz” Stanisław Mielczarski, koordynator UE ds. mostu energetycznego Polska – Litwa.

Elektrownia na Litwie to projekt, który ma wsparcie Komisji Europejskiej.

Władze w Wilnie czeka trudne zadanie. Jeśli przekona któryś z koncernów do zaangażowania w projekt atomowy, może mieć kłopoty z wynegocjowaniem korzystnych warunków. Nieudany przetarg i plany rządu, że elektrownia ma działać za osiem – dziesięć lat powodują, iż Litwa jest pod presją czasu.

Na dodatek Rosjanie szykują budowę własnej – konkurencyjnej wobec litewskiej – elektrowni w rejonie Kaliningradu.

Jeśli nie zmieni się stanowisko litewskiego rządu, to główny inwestor będzie miał

51 proc. udziałów w projekcie, a reszta przypadnie – oprócz podmiotu z Litwy – firmom z trzech krajów: Polski, Łotwy i Estonii. Polska Grupa Energetyczna czeka na decyzje Wilna. Po ustaleniach premierów czterech krajów dokonanych w Warszawie 5 grudnia, popierających inwestycję, nie ma wątpliwości, że PGE wejdzie w projekt.

Czytaj więcej

Cyfrowa zmiana w nabywaniu samochodów