Pieniądze unijne mogą być szansą na wdrożenie najnowocześniejszych rozwiązań w przemyśle, która już się nie powtórzy. Takie wnioski płyną z dyskusji, która odbyła się w ramach Konferencji Przemysł 4.0 zorganizowanej przez „Rzeczpospolitą" w Krakowskim Parku Technologicznym.

Krzysztof Raś, członek Stowarzyszenia Talent Management in Tech, tłumaczył, że za umowną datę rewolucji 4.0 przyjmuje się rok 1991, kiedy zaczęła się popularyzacja internetu. – Umożliwił on rewolucję naszego codziennego życia – mówił.

Zaznaczył, że nie można odpowiedzieć na pytanie „jak się widzisz za pięć lat?", ponieważ nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak wtedy będzie wyglądał świat. – Czy ktoś w 2012 r. przewidział autonomiczne samochody, albo to, że praktycznie większość z nas nie będzie używała telewizji do oglądania mediów, że pozostaniemy wierni tradycyjnym papierowym mediom, tudzież będziemy oglądać filmy w sposób streamingowy? – pytał.

Karol Pietras z Kancelarii Głowacki i Wspólnicy oraz Fundacji Startup Development podkreślił, że skalę rewolucji obrazuje fakt, że teraz nie ma możliwości prowadzenia biznesu bez korzystania z e-maila czy telefonu. – To usprawnia wszystkie procesy związane z prowadzeniem biznesu – stwierdził.

Definicję rewolucji Przemysłu 4.0 próbował nakreślić Jerzy Grzesiak z firmy doradczej Deloitte. Jego zdaniem jest to rozumne, inteligentne i połączone wytwarzanie (connected manufacturing). Siłą napędową tej rewolucji jest internet. – Podstawowym paliwem czwartej rewolucji przemysłowej są dane. Tak jak w pierwszej rewolucji była para, drugiej proces optymalizacji produkcji poprzez linie produkcyjną, trzeciej automatyzacja produkcji i cyfrowe kodowanie maszyn, czwarta rewolucja przemysłowa jest napędzana przez dane i ich przetwarzanie – tłumaczył Grzesiak.

Wykładnicze tempo zmian jest pochodną trzech trendów. – To po pierwsze szybkość procesowania danych, po drugie dostępna przestrzeń dyskowa, serwerowa czy chmurowa, i po trzecie prędkość przesyłu danych. Te trzy czynniki rosną wykładniczo – wyliczył. Dla przykładu jeszcze w 1995 r., 20 lat temu, przechowywanie 1 GB danych na dyskach kosztowało ok. 10 tys. dol. rocznie. Dziś to 3 centy.

Mali przedsiębiorcy a rewolucja przemysłowa

Małe firmy mogą mieć dużo większą siłę przetargową dzięki temu, że mogą wykorzystywać np. druk 3D i być elastycznymi poddostawcami, nie tylko dla lokalnych dużych graczy. – Dzięki temu, że wszystko staje się coraz bardziej połączone można być poddostawcą zupełnie innej wielkiej fabryki, która jest zlokalizowana poza Polską. Można być poddostawcą przerabiającym dane albo je zbierającym, agregującym – tłumaczył Grzesiak.

Raś podkreślił, że mikroprzedsiębiorcy powinni skupić się na głównym biznesie i korzystać z dobrodziejstw, które niesie rewolucja 4.0. – Np. wykorzystując share economy, czyli dostęp do innych podwykonawców. Można być częścią ogromnego organizmu i nawet nie być tego świadomym – mówił. Nie trzeba brać czynnego udziału w rewolucji 4.0, żeby być jej uczestnikiem.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Pomoc państwa

Karol Pietras podkreślił, że ważne jest, żeby państwo wspierało przedsiębiorców w ich działaniach.

Aby wyjść z pułapki średniego dochodu trzeba zmienić paradygmat rozwoju w Polsce, który był oparty na taniej sile roboczej i tanich czynnikach produkcji. – To się już trochę wyczerpało i stoimy pod ścianą. Aby ją przeskoczyć potrzebujemy czasu, albo czasu i ukierunkowanych wysiłków, tak naprawdę pieniędzy, żeby zrobić skok przez mur średniego dochodu i zmienić paradygmat taniej siły roboczej na paradygmat innowacyjności, przemysłu 4.0 – tłumaczył Grzesiak. Bardzo dobrą okazją do tego mają być środki publiczne z funduszy unijnych, które teraz mają być ukierunkowane na przemysł 4.0. – Drugi raz takiej szansy nie dostaniemy – ostrzegał.

Dyskutanci zauważyli, że rewolucja 4.0 poniekąd dzieje się sama. – Mimo że rząd w jakiś sposób się w to angażuje, nie uważam, że to jest czynnik, który przechyli szalę dla mikro- czy średnich przedsiębiorców – ocenił Raś. Wyjaśnił, że w branży IT, jeżeli jest się małą firmą, dużo bardziej prawdopodobne jest, iż dostanie się dofinansowanie z Doliny Krzemowej albo aniołów biznesu aniżeli od rządu. – Nie znam nikogo w branży IT, kto ma firmę albo przedsiębiorstwo i otrzymuje dotacje od polskiego rządu albo nawet z Unii Europejskiej – podkreślił.

Pietras stwierdził, że działania rządu idą w dobrym kierunku. – Np. od 1 stycznia weszła ustawa o wspieraniu działalności innowacyjnej, która wprowadziła zmiany w zakresie opodatkowania i zwolniła aport własności intelektualnej wnoszonych do przedsiębiorstw – mówił. Zaznaczył, że zmiany powinny być jednak bardziej radykalne i bardziej wspierać przedsiębiorców.

Rola startupów

Według raportu Deloitte diagnozującego ekosystem startupowy w Polsce, niska dostępność finansowania była jednym z obszarów, który wpływał na słabą pozycję tego sektora. – To zaczyna się zmieniać – przyznał Grzesiak. Tłumaczył, że startupy są bardzo potrzebne dużym przedsiębiorcom, ale i tym średnim, bo są bardzo elastyczne. Innowacje bardzo nie lubią silosowych struktur zarządczych, procedur, standardowych metodologii prowadzenia projektów. – Innowacja nie ma szans w tradycyjnym przedsiębiorstwie, które nie wprowadzi procesu szybkiej akceleracji pomysłów – ocenił.

Jednym z pryncypiów jest bycie bardzo blisko klienta. – Jest to ekspozycja zespołów produkcyjnych do klienta końcowego i bezpośredniej z nim współpracy, aby wytwarzane dobro miało jak największą wartość – tłumaczył Raś. Bardzo tradycyjne, ogromne organizacje, mocno hierarchiczne i nieco skostniałe wciąż tego modelu nie zaadoptowały. – We wszelkich młodych, rewolucyjnych przedsiębiorstwach, firmach, startupach jest to absolutny standard – mówił. Zaznaczył, że technologia jest świetna, ale ona nie ma żadnego sensu, jeśli nie jest zrobiona w kontekście biznesowym.

Rewolucja 4.0, 5.0 i każda kolejna, która przyjdzie, prawie nigdy nie spowoduje wyeliminowania czynnika ludzkiego. Rewolucja 4.0 zastąpi zawody, w których wykonuje się proste, powtarzalne czynności, jak składanie elementów przy taśmie, samochodów czy pakowanie zakupów. – Mało prawdopodobne, by zastąpiła czynnik ludzki w takich obszarach, jak medycyna czy zarządzanie, gdzie decyzje są podejmowane nie zawsze wyłącznie na podstawie liczb i logiki – stwierdził Raś.

Eksperci wskazali, że pewnym ułatwieniem dla małych firm technologicznych może być zapowiadana przez rząd prosta spółka akcyjna. Ta nowa forma miała pojawić się już w zeszłym roku, ale ciągle o niej cisza. Mówi się, że ma wejść od 1 stycznia 2018 r.

– Prosta spółka akcyjna ma mieć kapitał zakładowy w wysokości 1 zł z podziałem na udziały po 1 gr. Założenie ma być na podstawie wzorca umowy, ale z zastosowaniem wszystkich ważnych klauzul dotyczących prawa pierwszeństwa i prawa sprzedaży akcji. Kwestie likwidacji i podatkowe mają być uproszczone – tłumaczył Pietras. Przyznał, że środowisko startupowe czeka z utęsknieniem na te przepisy.

Biznes a nauka

Uczestnicy debaty podkreślali, że współpraca między nauką a biznesem nie do końca dobrze działa. Problem leży po obu stronach. – Biznes jest nastawiony stricte na zysk. Jeżeli w coś wkładamy to musimy wyciągnąć. A ośrodki naukowe w większej kwestii bardziej oczekują środków w postaci projektów grantowych – tłumaczył Pietras. Raś dodał, że jeszcze nie wykształciło się w nas dbanie o własność intelektualną. – Jako kraj i naród nie jesteśmy mniej kreatywni niż inni. Jesteśmy wręcz lepsi w wielu dziedzinach. To, do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni, to natychmiastowe patentowanie własnych pomysłów, ciągle mamy poczucie, że ktoś to zrobi za nas – mówił.

Uczelnie są liderem w patentowaniu w Polsce, ale nic z tego nie wynika. – Te patenty służą temu, żeby uzyskać więcej punktów w rozliczaniu dorobku naukowego i tyle, nie muszą być aplikowane i w większości nie są. Sytuacja zmienia się natomiast bardzo powoli – tłumaczył Grzesiak.

Wyjaśniał, że we współpracy między biznesem a biznesem, biznesem a uczelniami, czy nawet człowiekiem a drugi człowiekiem, wypadamy zdecydowanie gorzej niż społeczeństwa, które miały więcej czasu na rozwinięcie tej współpracy. – Współpraca nie była premiowana w poprzednim systemie – przypomniał.

Na uczelniach jest ogromny potencjał, który nie jest wykorzystywany. – Prowadzone są prace, żeby ten potencjał uwolnić – podkreślił. Pomóc w tym powinny instytuty techniczne, które mają być naturalnym pomostem między jednostką naukową, uczelnią, która prowadzi badania podstawowe, a przemysłem, który potrzebuje bardzo dojrzałe rozwiązania technologiczne.

Powstaje też Narodowy Instytut Techniki, który ma scalać najlepsze instytuty przemysłowe w Polsce i być instytucją parasolową, która będzie ułatwiała transfer wiedzy i wzajemne zrozumienie. – Wiedza jest na uczelniach, ona jest potrzebna w biznesie. Często ta współpraca rozbija się o możliwości dogadania się – podsumował Grzesiak.