„Rzeczpospolita”: O co chodzi Donaldowi Trumpowi?
Prof. Zbigniew Lewicki: O kwestię bezpieczeństwa narodowego, rozumianą w ten sposób, że jeśli Grenlandia nie będzie – mniejsza o formę – pod kontrolą Stanów Zjednoczonych, to albo Chiny, albo Rosja, albo oba te państwa będą mogły wykorzystać Grenlandię, a przynajmniej obszar nad Grenlandią, w celu wykonywania ataków rakietowych czy lotów na terytorium Stanów Zjednoczonych. Grenlandia jest w tej chwili słabo broniona pod tym kątem. Nie ma tam jeszcze ani Rosjan, ani Chińczyków, ale wiemy, że pojawiają się u wybrzeży tej wyspy i mają pomysł – jedni czy drudzy, a może wspólnie, tego nie wiemy – na to, by ten teren uznać za najbardziej dogodny do ataku, a przynajmniej do groźby ataku na terytorium Stanów Zjednoczonych. Alaska nie wchodzi w rachubę, ale Grenlandia ciągle jest – nie powiem, że „słabym podbrzuszem”, bo to za bardzo na północ – ale terytorium, które może być w takiej czy innej formie zaanektowane przez wojska wrogie Stanom Zjednoczonym.
Czytaj więcej
Administracja Donalda Trumpa przekonuje, że Stany Zjednoczone muszą przejąć kontrolę nad Grenland...
O tym Donald Trump zresztą mówił, że chodzi mu o kontrolę nad Grenlandią, żeby ta nie stała się łupem Rosji albo Chin.
Pojawiają się głosy, które są w zasadzie śmieszne, że chodzi o jakieś nadzwyczajne bogactwa naturalne. Może są, ale są w tej chwili niedostępne. To jest taki oklepany argument: jak te, że jeśli Wenezuela, to na pewno ropa, chociaż Stany Zjednoczone mają więcej ropy niż potrzebują i ją eksportują. Wszędzie są bogactwa naturalne, ale trzeba umieć do nich dotrzeć. Po drugie, musi być taka potrzeba i fundusze. Nic nie wiadomo na ten temat, by akurat to był główny argument, który powoduje takie a nie inne zachowanie Białego Domu.
Surowce na Grenlandii
Kreml, ustami Dmitrija Pieskowa już stwierdził, że uważa Grenlandię za terytorium Danii, Chiny z kolei - że ustępstwa Europy wobec Trumpa byłyby katastrofalne w skutkach.
Tego typu komunikaty Pieskowa – wiemy, co o nim myśleć – czy też Chin wyraźnie wskazują na to, że te państwa są zaniepokojone tą możliwością. Że tego typu interwencja amerykańska uniemożliwia im, czy utrudnia, zrealizowanie własnych planów. Bo niby co Chinom do układów europejsko-amerykańskich, albo co Moskwie do tego? Gdyby to był neutralny obszar, to nie byłoby komentarzy na ten temat. To klasyczny przykład „uderz w stół, a nożyce się odezwą”, to wyraźnie widać. Natomiast trudno powiedzieć, w jaką stronę poszłaby Grenlandia, gdyby była całkiem samodzielna. W tej chwili nie jest, gdyż jest w pewnej formie podporządkowana Danii. Dania to kraj sympatyczny, ale niewielki i niezbyt mocny. Więc ani Dania, ani tym bardziej Grenlandia samodzielnie nie mogą stanowić zapory dla ewentualnych pomysłów czy to Moskwy, czy Pekinu. Proszę pamiętać, co Chiny wyczyniają na Morzu Południowochińskim, gdzie pięć czy sześć innych państw uważa, że to jest także ich akwen, a Chiny odpowiadają, że „on jest nasz”, budują sztuczne wyspy i ogłaszają prawie całe Morze Południowochińskie wodami terytorialnymi. Skoro one mogą tam sobie na to pozwolić wobec takich państw jak Korea, jak Filipiny a także Japonia, to co dopiero wobec właściwie niebronionej Grenlandii? Ani Dania, ani Grenlandia, ani tych kilkunastu żołnierzy europejskich, którzy tam się dzielnie wybierają, nie byliby w stanie obronić wyspy, gdyby Rosja czy Chiny zaatakowały. A dopóki Stany Zjednoczone nie mają nad Grenlandią żadnego formalnego nadzoru – bo o tej jednej bazie nie wspomnę – to nawet nie mogłyby przyjść z pomocą w razie czego, bo na jakiej podstawie?