14 mld zł. Tyle miałby zaoszczędzić budżet w efekcie planu Ministerstwa Finansów ograniczającego płace w budżetówce. Czy to jest realne?
- Jest realne, choć trudne. Realne dlatego, że już poprzedni rząd dokonał podobnego cudu i ograniczył wydatki na koszty pracy czyli i na wynagrodzenia i na składki nawet w większej skali. Kwestia kluczowa jest taka, w jaki sposób dokonywane są te zmiany - wyjaśnia Anna Cieślak-Wróblewska, dziennikarka "Rzeczpospolitej".
Jak to przeprowadzić? Większość osób patrzy na tego typu pomysły jak na polityczne samobójstwo. Czy tym razem będzie inaczej? Na czym polega plan ministerstwa.
- Poprzedni rząd dokonał tego poprzez zamrożenie płac. Stan taki trwa od 2009 r. To jednak buduje takie poczucie niesprawiedliwości. Płace rosną wolniej od PKB i dla osób, które są dotknięte tego typu sytuacją, takie rozwiązanie jest bardzo niekomfortowe - wyjaśniała.
- Drugi sposób, to redukcja zatrudnienia. Dotyczyłoby to duże liczby osób zatrudnionych w sferze publicznej. Dla tych ludzi nie jest to najlepsza wiadomość, ale dla finansów publicznych wydaje się to konieczne - wskazywała.
- Na wynagrodzenia i pochodne wydajemy około 182 mld zł w skali całego państwa. Mówimy tutaj o administracji centralnej i samorządach, ale także wszelkich jednostkach które nie są finansowane wprost z budżetu, ale zaliczają się do sfery finansów publicznych. Ta kwota to prawie 10 proc. PKB. To wydaje się dużo, ale w całej Unii Europejskiej wskaźnik ten wygląda podobnie. Jesteśmy blisko średniej - mówiła.
Czy są jednak kraje, które mają lepsze wyniki.
- Przykładem są Niemcy, które lepiej zarządzają swoimi kadrami. Tam wynik oscyluje w okolicy 7 proc. PKB. Są jednak kraje, gdzie administracja jest najbardziej rozbudowana. Przykładem jest Dania z wynikiem 14 proc. PKB - podsumowała.