Dlaczego pana zdaniem cena gazu, oparta jak kiedyś na cenie ropy, może być korzystniejsza niż obecna formuła cenowa powiązana z giełdowymi notowaniami gazu?

Formuła cenowa oparta na produktach naftowych i ich pochodnych byłaby w obecnych uwarunkowaniach rynkowych korzystniejsza od modelu rozliczeń opartych na cenach giełdowych. Gdyby zastosować rozliczenia oparte na cenie ropy, wówczas cena gazu byłaby na poziomie 100 zł/MWh. Byłaby więc cztery razy niższa od tej, którą obserwujemy obecnie na Towarowej Giełdzie Energii. Oparcie formuły rozliczania się ze sprzedawcą na rynkach typu spot oznacza poddanie się znaczącym wahaniom cen. Pojawia się asymetria ryzyka. Jeśli rozliczalibyśmy się po cenie opartej na ropie, to amplituda wahań mieściłaby się w przedziale maksymalnie kilkudziesięciu procent. Obecnie wahania sięgają kilkuset procent. W 2020 r. rząd ogłosił, że udało się przyjąć nową formułę cenową na dostawy gazu od Gazpromu. Wówczas chwalono się, że pozyskano nadpłaty od Gazpromu rzędu 6 mld zł. Rosjanie jednak bardzo szybko te pieniądze odzyskali w postaci wysokiej ceny surowca. W okresie od połowy 2020 r. do grudnia 2021 r. PGNiG zapłaciło ponad 16 mld zł więcej za gaz niż wtedy, gdyby miało cenę opartą na ropie. W przypadku indeksacji do cen rynkowych wzrost wartości surowca może wynieść 100, 200 czy 400 proc., tak jak obecnie. Takich gwałtownych ruchów cenowych nie ma w przypadku indeksacji do cen ropy. To pokazuje, że ta formuła cenowa niesie ze sobą znacznie mniejsze ryzyko. Reasumując, gdyby nie zmiana formuły cenowej, gaz mógłby kosztować ok. 100 zł/MWh, a nie tak jak jest obecnie – 400 zł/MWh.

Zmiany formuły rozliczania się żądał zarząd PGNiG z 2014 r., kiedy koalicja PO-PSL była u władzy. Spółka wystąpiła wówczas do Gazpromu z wnioskiem o renegocjację ceny. Informowała, że decyzja została podjęta w oparciu o „istotne zmiany, które miały miejsce na europejskim rynku energetycznym".

To prawda, jednak o ile ja pamiętam, to PGNiG optował za opcją mieszaną: część ceny oparta byłaby na cenach długoterminowych opartych z kolei na ropie, a część indeksowana do cen giełdowych. To rozwiązanie nie byłoby złe. Przejście wyłącznie na formułę opartą na cenach giełdowych naraża nas na „szoki cenowe", takie jak obecnie. To hazard, który może drogo kosztować. To brak profesjonalizmu po stronie władzy.

PGNiG tłumaczy, że firmy, którym dostarcza gaz, patrzą na ceny giełdowe i tylko te ich interesują przy rozliczaniu się. Giełda uchodziła za przejrzyste narzędzie wyceny...

Ceny gazu na Towarowej Giełdzie Energii są pochodną cen na giełdzie holenderskiej, która uchodzi za najbardziej płynną w Europie. Podkreślam jeszcze raz: ceny gazu indeksowane do giełdy nie mogą spaść poniżej 100 proc., a wzrosnąć mogą o kilkaset procent. Bywały dni, kiedy gaz kosztował 800 zł/MWh. Cena oparta na uśrednionej cenie ropy z ostatnich trzech kwartałów zapewnia mniejszą zmienność i większą stabilizację. Pamiętajmy też, że dla biznesu najważniejsza nie jest tylko cena, ale i zmienność i proporcje. Ślepa wiara w rynek zawsze wiąże się z asymetrią ryzyka. Zdecydowaliśmy się na formułę, na której jednego dnia możemy wiele zyskać, by kolejnego wszystko stracić. W przypadku indeksacji do cen ropy, owszem, tak dużej możliwości spadku cen nie ma, ale ryzyko dużych zwyżek jest znacznie mniejsze.

Ale jeśli spojrzeć na poprzednią opartą na ropie formułę rozliczeń między PGNiG a Gazpromem w latach 2014–2020 r., to okaże się, że Polska nadpłaciła ponad 6 mld zł...

To niewiele, jeśli spojrzymy na obecne straty. Od połowy 2020 r. jesteśmy stratni 16 mld zł. Jak do tej straty ma się 6 mld zł w ciągu sześciu lat? To dowód na asymetrię ryzyka.

Nikt nie mógł jednak przewidzieć kryzysu wywołanego pandemią i w efekcie energetycznego...

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Kiedy zmagaliśmy się z pandemią w 2020 r., ceny gazu i ropy istotnie spadły. Kiedy gospodarki i produkcja przemysłowa zaczęły wracać do poziomu sprzed kryzysu, popyt na gaz gwałtowanie wzrósł, a wraz z nim cena. Elementarna ocena ryzyka wskazuje, że nie warto było trzymać się formuły bardziej ryzykownej. PGNiG zarobił 6 mld zł w efekcie rozliczenia sześcioletniego, a stracił od połowy 2020 r. 16 mld zł. Rząd PiS uległ pokusie hazardu.

Czy w takim razie dostawy gazu z Norwegii poprzez Baltic Pipe też powinny być indeksowane do cen ropy, skoro to korzystniejsza forma rozliczeń?

Moim zdaniem dodatkowy gazociąg do Polski nie jest potrzebny. W 2010 r. podpisaliśmy aneks do umowy z Rosjanami, który pozwolił na rewers wirtualny na gazociągu jamalskim. Następnie zaczął działać także rewers fizyczny. Mamy możliwość importu gazu z kierunku zachodniego. Budowa nowego gazociągu jest bezzasadna. Zapłacą

za to odbiorcy, bo trzeba będzie go spłacić. Gazociąg jamalski będzie więc stabilną infrastrukturą, z której nie będziemy korzystać. Baltic Pipe będzie bardzo drogim pomnikiem polskiego rządu. Nic więcej.