– Rząd ma oferować klientom detalicznym skarbowe papiery wartościowe na atrakcyjnych warunkach – przekonywał w środę premier Mateusz Morawiecki. Dodał, że resort finansów wdraża już nowy typ obligacji opartych na stopie referencyjnej NBP.

Rzeczpospolita

Poniżej inflacji

Szczegóły mają być znane do końca maja, by nowa oferta mogła być dostępna od czerwca, ale premier już ujawnił, że oprocentowanie rocznych papierów będzie odpowiadać stopie referencyjnej, która obecnie wynosi 5,25 proc., a dwuletnie mają być oferowane z dodatkową marżą.

To niewątpliwie ciekawe rozwiązanie. Obecnie w ofercie Skarbu Państwa znajdują się obligacje detaliczne indeksowane inflacją, ale dopiero od drugiego roku oszczędzania. W pierwszym roku oprocentowania jest stałe i stosunkowo niskie, co oznacza, że kupujący dużo traci (wobec obecnej inflacji) w pierwszym okresie swojej inwestycji, a jeśli wycofa środki wcześniej, to obiecanej indeksacji w ogóle nie doczeka.

Z drugiej strony trzeba zauważyć, że stopa referencyjna – jako punkt odniesienia w nowej ofercie SP – jest znacznie niższa niż inflacja, co wskazuje, że nawet rząd jest bardzo ostrożny, by udostępniać Polakom takie instrumenty, które w pełni kompensowałyby wzrost kosztów życia.

Czytaj więcej

Krzysztof Adam Kowalczyk: Narracja jako lek na inflację

Presja na banki

Środowe propozycje to część tzw. pakietu oszczędnościowego zapowiedzianego we wtorek, czyli planu podniesienia atrakcyjności oszczędzania. Premier Morawiecki oskarża bowiem banki komercyjne, że mają bardzo duże zyski, ale nie dzielą się nimi z Polakami, utrzymując bardzo niskie oprocentowanie depozytów. – Podczas kryzysu inflacyjnego jest pewna grupa podmiotów, które na nim zarabiają. To banki i instytucje finansowe. Mam apel do prezesów banków – przebudźcie się, to niezdrowy model gospodarczy – grzmiał w środę Morawiecki.

Rzeczywiście, oprocentowanie oszczędności Polaków w bankach jest bardzo niskie – z danych GUS wynika, że średnio dla depozytów bieżących gospodarstw domowych wynosiło w lutym 0,1 proc., a dla depozytów terminowych – 0,5 proc. Co prawda można znaleźć ofertę kilku banków, gdzie odsetki sięgają 3–4,5 proc., ale zwykle dotyczy to nowych klientów lub nowych środków. Poza tym największe instytucje utrzymują swoją ofertę lokat terminowych na żenująco niskim poziomie.

Pytanie jednak, czy oprócz apeli i wywierania presji słownej na banki komercyjne, rząd ma jeszcze jakieś instrumenty do motywowania sektora prywatnego i zmiany postawy? – Prostych rozwiązań na pewno nie ma – ocenia Jakub Rybacki, główny ekonomista Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Na pewno nie może to być metoda zastraszania i wymuszania na bankach takich działań, które byłyby niezgodne z interesem akcjonariuszy i klientów banków, nawet tych uznawanych za publiczne – wtóruje też Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Konkurs dla startupów i innowacyjnych firm

WEŹ UDZIAŁ

Czytaj więcej

Piotr Skwirowski: Twarda walka z inflacją, a nie czary

Jeśli nie wymuszanie, to co? Ekonomiści zastanawiają się np. nad możliwością takich zmian tzw. podatku bankowego, by bankom opłacało się zwiększać depozyty od ludności albo by zyskały więcej środków na wypłatę wyższych odsetek. – Ale wydaje się to zbyt skomplikowanym mechanizmem transmisyjnym. Wydaje się, że najlepiej byłoby, gdyby udało się zmniejszyć się nadpłynność sektora i doprowadzić do sytuacji, w której banki same odczuwają potrzebę zwiększania depozytów i starają się o nie konkurować – ocenia Rybacki.

– Być może taki właśnie jest cel rządowego pakietu oszczędnościowego, może chodzi o ściągnięcie pieniędzy z rynku tak, żeby przepłynęły z sektora prywatnego do sektora rządowego – komentuje nieoficjalnie jeden z ekonomistów bankowych. – Ale jeśli tak, to skala takich operacji, jak oferta obligacji dla klientów detalicznych, musiałaby być ogromna, znacząco większa niż obecna, np. zamiast oferty do 5 mld zł należałyby ją zwiększyć do 50 mld zł, tak by rzeczywiście banki odczuły odpływ depozytów. W przeciwnym razie w zasadzie nic z tego nie wyjdzie – wyjaśnia.

Ekspansja fiskalna

– Jeśli rząd chce zdjąć napłynność z rynku, można rozważyć ciekawy pomysł emisji obligacji dla klientów indywidualnych przez bank centralny – zaznacza z kolei Janusz Jankowiak. Taką propozycję na naszych łamach przedstawił ostatnio prof. Bogusław Grabowski. Jego zdaniem powinny one być indeksowane o wskaźnik inflacji rocznej z poprzedniego miesiąca plus 1–2 pkt. proc., co zapewniłoby ich dużą atrakcyjność dla Polaków.

– Myślę, że byłoby to bardzo skuteczne rozwiązanie, które doprowadziłoby do ubytku depozytów w bankach, na co musiałyby one odpowiedzieć wzrostem odsetek – ocenia Jankowiak. – Przede wszystkim zaś mechanizm przyniósłby efekty antyinflacyjne, ponieważ mówiąc w uproszczeniu, bank centralny nie wydawałby pieniędzy pożyczonych od ludzi, nie trafiałyby one z powrotem na rynek, co jest ważne w kontekście emisji obligacji przez rząd. Bo rząd w ten sposób finansuje swoją ekspansywną politykę fiskalną, która wzmacnia, zamiast tłumić, inflację – analizuje Jankowiak.

Także Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego, zaznacza, że wzrost skłonności do oszczędzania to jeden z głównych filarów walki z presją inflacyjną. W tym kontekście wysiłki rządu powinny koncentrować się na zacieśnianiu całej tzw. policy mix, co na razie w Polsce nie ma miejsca. Owszem, polityka monetarna się zacieśnia (poprzez podwyżki stóp procentowych), ale polityka fiskalna jest ekspansywna (np. obniżka podatków), inne kraje walczące z inflacją (USA, Węgry) zacieśniają zaś obie.

Opinia dla „Rz”
prof. Marian Noga, b. członek Rady Polityki Pieniężnej

Słowna presja na banki, by podnosiły odsetki od depozytów, na pewno nie wystarczy. Banki mają co najmniej 200 mld zł nadpłynności, więc – mówiąc brutalnie – nie są zainteresowane pozyskiwaniem naszych oszczędności, oferując atrakcyjne oprocentowanie. Co może zrobić rząd w tej sytuacji? Mógłby zmienić prawo bankowe i zapisać, że ustawowo odsetki od depozytów wynoszą dokładnie tyle. Ale to oznaczałoby w zasadzie ręczne sterowanie sektorem bankowym, dużą ingerencję w prywatny sektor, co jest niezgodne z zasadami wolnego rynku. Dlatego najlepiej byłoby, moim zdaniem, gdyby władze monetarne wykorzystały swoje uprawnienia do zwiększenia stopy rezerwy obowiązkowej. Jej znacząca podwyżka ściągnęłaby z rynku olbrzymią masę pieniądza, co przyczyniłoby się do skutecznej walki z inflacją.