Historia

Żrący płyn kapitana Piotrowskiego

Rzeczpospolita
21 stycznia 1983 r.
Po dziesięciomiesięcznym ukrywaniu się w stanie wojennym 22 października 1982 r. zostałem zatrzymany przez Służbę Bezpieczeństwa. Aresztował mnie kapitan Grzegorz Piotrowski wraz z podwładnym Chmielewskim. Po ponad sześciu tygodniach internowania w lubelskim więzieniu bezpieka zaproponowała mi legalizację albo likwidację podziemnych „Spotkań”. Odmówiłem.
Z młodszą koleżanką ze studiów, moją narzeczoną Joanną, pojechałem do Warszawy, gdzie mieszkała z rodzicami. Kiedy odwiedzałem osoby, które mnie ukrywały, do mieszkania Joanny weszło kilku oficerów SB. Postawny mężczyzna, jak się okazało Grzegorz Piotrowski, pytał o mnie. Zarządził ogląd mieszkania. Sprawdził zawartość torebki koleżanki Joanny, jej paryskiego gościa. 21 stycznia 1983 r. przy wyjściu z księgarni OR PAN w Pałacu Kultury zauważyłem w grupie mężczyzn porucznika Szewerę z lubelskiego SB, który kilka razy przeprowadzał u mnie rewizję. Po zapytaniu: „Krupski?” dwóch funkcjonariuszy wepchnęło mnie do nadjeżdżającego fiata 125p.
Minęliśmy Pałac Mostowskich, Żoliborz, Chomiczówkę i Laski. Zauważyłem tablicę wsi Truskaw. Z ronda autobusowego linii 708 zjechaliśmy w leśną drogę Puszczy Kampinoskiej. Zatrzymali samochód, kazali mi wysiąść. Spytałem, czy zamierzają mnie tu rozwalić. Usłyszałem, że zgubili drogę. Jeden z porywaczy, jak się później okazało Ryszard Skokowski, kazał mi zdjąć buty, półkożuszek, położyć się. Leżąc twarzą na ziemi, uznałem, że co ma być, to będzie. Poczułem ostry zapach i palenie na plecach. Wylali mi na plecy zawartość dużej butli. Kiedy otrząsnąłem się z oszołomienia, fiata już nie było. Włożyłem zlane tą samą substancją buty i kożuszek, dobiegłem do autobusu, który zaraz ruszył z pętli. Potwornie cuchnąłem, ale nikt nic nie mówił. Na obrzeżach Warszawy przesiadłem się do taksówki, mówiąc kierowcy, że tak urządziła mnie esbecja. Zaklął i zawiózł mnie do Joanny. Ze swetra ściekała gęsta zawiesina, tył koszuli był całkiem wypalony, na plecach miałem czarną spaloną skórę. Wezwali pogotowie. Czułem się niespecjalnie, choć trzymałem się na nogach. Zdecydowałem nie zostawać w szpitalu na Banacha. Lekarze uprzedzili mnie, że muszą zatelefonować na milicję. Dyżurnego na komendzie interesowało tylko, czy jestem pijany. Ja nie miałem żadnej sprawy do tej władzy, więc informację ustną o zajściu przekazałem jedynie znajomym, a na piśmie do episkopatu. Dotarła do Wolnej Europy. W Lublinie pojechałem do matki, do rodzinnego domu, gdzie trwała żałoba po moim ojcu. Zmarł w czasie mego ukrywania się. Znajoma lekarka, profesor Ewa Łupina, zawiozła mnie na badania do kilku szpitali. Stwierdzono, że zostałem oblany stężonym roztworem fenolu z ługiem. Przy zmianie opatrunku odpadł mi kawał skóry – zemdlałem. Docent Zofia Tomaszewska, opisując to zajście, radziła, żebym zwrot „służba bezpieczeństwa” zastąpił mianem „nieznani sprawcy”. Mogłem tak ich określić, bo faktycznie nie byli mi znani. Badał mnie znany toksykolog, profesor Janusz Szajewski ze szpitala na Pradze. Zarówno z jego strony, jak i innych lekarzy otrzymałem potrzebną pomoc, mimo że nie miałem żadnych dokumentów. Mówili, że interesuje ich moje zdrowie, a nie papiery. W 1991 r. wszczęte zostało śledztwo w sprawie mojego porwania. Ustalono, że zlecili je kapitanowie Grzegorz Piotrowski i Bohdan Kuliński z sugestią, żeby mnie później wrzucić do zbiornika wodnego. W jednej z publikacji po procesie zabójców księdza Jerzego przeczytałem skierowany do generała Kiszczaka list Piotrowskiego. Podkreślał w nim, że Krupski zachował życie. Janusz Krupski, kierownik Urzędu do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL