Film

Obława Marcina Krzyształowicza - recenzja filmu

Weronika Rosati gra w "Obławie" żydowską dziewczynkę przygarniętą przez partyzantów
kino świat, Jacek Drygała j.dry. Jacek Drygała
"Obława" to nowoczesny, znakomicie zrealizowany film, który odrzuca schematyczne spojrzenie na historię – pisze Barbara Hollender
Dwaj mężczyźni idą przez las. Widzimy tylko plecy jednego z nich. Ten drugi idzie za nim. Rozmawiają o piłce nożnej, o piłkarzu, który włożył gestapowską koszulkę, żeby tylko grać. „Boją się" – mówi pierwszy ze śląskim akcentem. „Idź, kurwa" – rzuca drugi. „Ja nawet nie jestem z Bytomia" – mówi pierwszy. „Ale z SS" – odpowiada drugi. Pada strzał. Dopiero wtedy widzimy twarz egzekutora. Członka leśnego AK-owskiego oddziału. Zobacz galerię zdjęć
Niedługo potem kapral Wydra dostanie od dowódcy następną kartkę. Na niej nazwisko Kondolewicz. Kiedyś byli w jednej klasie. W czasie, gdy kapral po niego pójdzie, Niemcy wymordują w lesie jego oddział.

Zadry w duszy

„Obława" Marcina Krzyształowicza to film znakomity. Niepokojący. Głęboko poruszający. Wojenny thriller – ochrzczono go po festiwalu w Gdyni. Niektórzy krytycy porównywali go też do „Bękartów wojny" Quentina Tarantino. Nic bardziej błędnego. Nie ma tu bowiem zgrywy, żartu, przymrużenia oka. Są ludzie. Wypaleni, niosący w pamięci potworne wspomnienia. Kapral egzekutor ogląda się nagle na ulicy za kobietą prowadząca za rękę dziecko. To jedna chwila, ale kamera rejestruje ją nie bez powodu. Stary leśny wyga za pazuchą nosi białą myszkę. Ktoś żebrze o tabletkę bromu.
Dziewczyna zdobędzie się na najgorsze łotrostwo, żeby ratować z gestapo 14-letnią siostrę. Człowiek, który wymierza sprawiedliwość innym, kiedyś zawahał się, gdy z płonącego, buchającego żarem domu miał ratować najbliższych. Żona wyda męża -kolaboranta. Donosiciel, mający na sumieniu niejedną ofiarę, sam nosi w sobie ból odrzucenia przez kobietę, dla której gotowy jest na wszystko. Twórcy „Obławy" unikają jakiejkolwiek jednowymiarowości. Każdy ma tu swoją tajemnicę, drugie dno, słabość, siłę, tragizm. Reżyser nie osądza. Nikt w jego filmie nie jest bohaterem bez skazy i nikt nie jest odrażającą kanalią. Marcin Krzyształowicz już w fabularnym debiucie, nakręconym dziesięć lat temu „Eucaliptusie", przełamywał filmowe konwencje. Parodiował wtedy western, pokazując Dziki Zachód jako zbiorowisko odmieńców, łotrów i prostytutek, Indian gejów i pedofilów. Jednak tamten film był rodzajem żartu. Teraz reżyser odbrązawia polską historię. Zmienia sposób patrzenia na wojnę. Odrzuca hurrapatriotyczny styl ku pokrzepieniu serc, jaki zadomowił się w naszym kinie za sprawą kolubryn Jerzego Hoffmana. Ekranu nie zaludniają watażkowie i panienki z kabaretu strzelające z CKM-ów, w powietrzu nie fruwają krzyże. Wojna Krzyształowicza ma wymiar ludzki. Wszystkich pozbawia niewinności. Gdy bohaterowie filmu giną, nie rozlegają się na ich cześć hymny. Śmierć ma wymiar tragedii. Ci, którzy zabijają, na zawsze będą mieli na rękach cudzą krew. Niezależnie od tego, po której stronie barykady się znaleźli. Wielcy filmowi artyści dawno odrzucili czarno-białe schematy opowiadania o wojnie. Terrence Malick i Steven Spielberg pokazali piekło bitwy pod Guadalcanal czy lądowania w Normandii. Amerykanie sportretowali też zwyczajnych chłopaków przetrąconych i złamanych przez służbę w Wietnamie, gorzko rozliczają się z wojną iracką. O meandrach wojny chińsko-japońskiej opowiedział Ang Lee w „Ostrożnie, pożądanie". O niełatwych moralnych wyborach członków holenderskiego ruchu oporu mówił Paul Verhoeven w „Czarnej księdze". Nowa generacja polskich filmowców również zaczyna inaczej patrzeć na przeszłość, wracając do ironicznego dystansu Andrzeja Munka czy skromnej uczciwości Stanisława Różewicza. Świetny „Rewers" Borysa Lankosza, znakomite obrazy Wojciecha Smarzowskiego rozliczające czasy PRL („Dom zły") czy opowiadające o powojennych losach Mazurów („Róża") to obrazy nieschematyczne, poruszające. W ten nurt kina wpisuje się „Obława". A pokazując meandry moralności, równie dużo czerpie reżyser z tradycji Kieślowskiego – uważnego obserwatora złożoności ludzkiej psychiki i motywów, jakimi kierujemy się w naszych wyborach.

Świetny Dorociński

Samuel Maoz, autor wstrząsającego „Libanu", żeby móc dalej żyć, musiał odbyć publiczną spowiedź. „Miałem 20 lat. Zabiłem człowieka. Wróciłem do domu martwy, byłem jak pusta muszla" – powiedział podczas festiwalu w Wenecji, gdy odbierał za swój film Złotego Lwa. Kapral Wydra z "Obławy" też jest na swój sposób martwy. Każde pociągnięcie za spust zostawia w człowieku bliznę, zadrę w sumieniu. A on na dodatek za dużo w życiu stracił, żeby zachować nadzieję. Na dnie oczu ma ból, choć jakaś tęsknota jeszcze się w nim kołacze. I resztki wyobrażeń o tym, czego robić nie wolno, jeśli kiedyś ma być normalnie. Ta postać niesie ogromną prawdę dzięki oszczędnemu, minimalistycznemu aktorstwu Marcina Dorocińskiego, który w każdej kolejnej roli pokazuje nowe możliwości i potwierdza ogromną klasę. W „Obławie" przekonujące kreacje tworzą też inni wykonawcy. Piętnem tragizmu naznaczył swojego donosiciela Kondolewicza Maciej Stuhr. Weronika Rosati udowodniła, że czas spojrzeć na nią jak na interesującą aktorkę, a nie bohaterkę rubryk towarzyskich. „Obława" nie ma słabych punktów. Zdjęcia Arkadiusza Tomiaka, muzyka Michała Woźniaka współtworzą klimat filmu. Krzyształowicz po mistrzowsku, niechronologicznie poprowadził narrację, pokazując różne momenty z kilku perspektyw, cofając się w czasie, wracając do tych samych sytuacji, stale dodając do nich szczegóły, zmieniając nasz stosunek do ludzi, zdarzeń. Zrobił film ważny i bardzo współczesny. Przypomniał o złożoności dziejów i ludzkich charakterów, przestrzegając przed zbyt łatwym ferowaniem wyroków.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL