fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Obława na ks. Isakowicza-Zaleskiego

Tomasz P. Terlikowski
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Duchowny z Radwanowic jest wygodnym „chłopcem do bicia", można go swobodnie krytykować, wiedząc, że nie znajdą się jego obrońcy – pisze publicysta
Festiwal ataków na ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego (a przy okazji na mnie) trwa. Ewa Czaczkowska i ks. Jacek Prusak na łamach „Rzeczpospolitej" zgodnym głosem twierdzą, że książka jest „donosem na Kościół", a duchowny uzupełnia nawet, że można ją traktować jedynie jako wyraz „niechęci do kardynała Stanisława Dziwisza".
Zaskakuje przy tym fakt, że oboje komentatorzy (podobnie zresztą jak wielu innych) nawet nie próbuje analizować zasadności zarzutów (a przecież warto przypomnieć, że o relacjach między biskupami a duchownymi ks. Prusak często mówił to samo, co ks. Isakowicz-Zaleski), a jedynie skupia się na ostrej i zazwyczaj personalnej krytyce krakowskiego duchownego.

Samotność wilka

Skąd taka postawa? Dlaczego, tylko nieliczni są w stanie zauważyć istotę problemów, z którymi polemizuje duchowny z Radwanowic? Odpowiedź na to pytanie wydaje mi się niezmiernie prosta. Otóż ks. Isakowicz-Zaleski od dawna nie jest „swój" dla nikogo, wyrzucony na margines przez własną kurię, niechętnie poddający się politycznym etykietom (wywiad jest przynajmniej równie nieprzyjemny dla apologetów śp. Lecha Kaczyńskiego, jak dla wielbicieli kardynała Stanisława Dziwisza).
Czy antykościelna kampania Tuska powinna wstrzymać rozmowę o problemach katolików? Jeśli zgodzimy się na takie stawianie sprawy, to już nigdy nie będziemy o niczym rozmawiać
Jest wygodnym „chłopcem do bicia", kimś kogo można swobodnie krytykować, wiedząc, że nie tylko nie znajdą się jego obrońcy, ale też, że dzięki temu można łatwo uwiarygodnić się jako obrońca „dobrego imienia" Kościoła i jego ortodoksji.
Problem polega tylko na tym, że w ten sposób niemożliwa staje się dyskusja o problemach, które rzeczywiście wskazuje ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, a których istnienia nie kwestionuje Ewa Czaczkowska (w odróżnieniu od ks. Jacka Prusaka, który wydaje się sugerować, że aktywny homoseksualizm nie jest problemem dla sprawowania posługi kapłańskiej czy biskupiej).
I nie chodzi tu tylko o homoseksualizm (którego tolerowanie, a przyznał to ostatnio w znakomitym – choć krytycznym wobec książki wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej o. Józef Augustyn – stanowi realny, a nie wydumany przez nas problem).
Chodzi także o braki w komunikacji między hierarchią a księżmi czy wiernymi, o doskonale widoczne w Polsce (choć oczywiście nie stanowiące wszędzie reguły) niepartnerskie relacje między biskupami a ich księżmi, czy wreszcie o polityczne zaangażowanie części duchownych (gdy mowa jest o uwikłaniu w relacje z PiS, wtedy nie ma problemu, ale gdy pokazuje się drugą stronę, to wówczas natychmiast pojawia się zarzut „niechęci osobistej" wobec jednego z hierarchów).

Zamilczanie problemów

Mocno sformułowanym zarzutem jest również uogólniający ton wypowiedzi ks. Isakowicza-Zaleskiego. Ewa Czaczkowska wręcz formułuje postulat, by duchowny natychmiast ujawnił dane osób podejrzewanych o homoseksualizm.
I znowu, choć na pierwszy rzut oka, postulat wydaje się słuszny, to nie mam wątpliwości, że jest on stosowany jedynie jako kij do bicia, a nie jako realny argument. Dziennikarka „Rzeczpospolitej" bowiem doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że – po pierwsze ujawnienie takich danych wcale nie posłużyłoby załatwieniu sprawy, a jedynie zaogniło sprawę jeszcze bardziej, a po drugie, że dopiero wtedy mielibyśmy do czynienia z donosem.
Celem książki nie jest zaś stygmatyzowanie ludzi, ale... rozmowa o problemie, jak pokazała sprawa arcybiskupa Juliusza Paetza wciąż niezałatwionym, jaki stanowi milczenie o homoseksualnym lobby i udawanie, że nie istnieje ono w Polsce.
Jeszcze dalej w tym procederze udawania, że problemu nie ma, idzie ks. Prusak, który wprost stwierdza, że nie sposób uznać, że skłonność homoseksualna nie stanowi problemu w przyjęciu święceń, i że domaganie się przejrzystości w tej sprawie dowodzi „moralnej paniki".
Ks. Prusakowi dedykuję sprawę (także nie do końca załatwioną, bo wciąż nie wyciągnięto konsekwencji wobec osób chroniących w Watykanie założyciela Legionistów Chrystusa), ks. Marciela Maciala, którego broniono również wskazując na „moralną panikę" czy określając zarzuty wobec niego mianem „antykatolickich paszkwili". Cytowanie zaś, w ramach uzasadnienia poglądu o dopuszczalności homoseksualizmu w święceniach kapłańskich arcybiskupa Józefa Michalika, jest zaskakującym przykładem demagogii.
Ks. Prusak wie bowiem,  że akurat w tej kwestii głos arcybiskupa i księdza jest tak samo uprawniony, toczy się bowiem nadal dyskusja nad tym, jak interpretować zapisy instrukcji Kongregacji Wychowania Katolickiego zakazujące dopuszczania do święceń osób o trwałych skłonnościach homoseksualnych. I część z komentatorów przyjmuje tu postawę arcybiskupa, ale nie brak też takich, którzy wprost stwierdzają, że skłonność taka wyklucza możliwość przyjęcia święceń.

Nie widzieć, nie słyszeć, nie dyskutować

Nie mogę nie odnieść się do zarzutu nieodpowiedniego czasu i miejsca dyskusji. Odkąd pamiętam, przy każdej dyskusji, pojawia się bowiem dokładnie ten sam zarzut. Gdy zaczynała się dyskusja o lustracji wskazywano,  że czas jest zły, bo za mało czasu upłynęło od śmierci Jana Pawła II, gdy opisywano przeszłość o. Konrada Hejmo, miało być za blisko do świąt. I ten sam zarzut wracał zawsze.
Teraz jest podobnie. Antykościelna kampania Tuska (niewątpliwa) ma sprawiać, że dyskusja o problemach ma przestać być aktualna. Tyle tylko, że jeśli zgodzić się na takie postawienie sprawy, to już nigdy nie będziemy o niczym rozmawiać. Antyklerykalizm będzie się tylko wzmagał, media nie zapałają nagłą miłością do Kościoła, a politycy nadal będą grali, przy coraz lepiej widocznej laicyzacji, antykościelną kartą.
I albo nauczymy się dyskutować mimo to, albo wciąż będziemy udawać, że problemy nie istnieją (a tym samym pozwalać, by się one rozwijały), albo stwierdzimy, że lepiej rozmawiać o nich jawnie, nawet ryzykując, że nasza rozmowa może być wykorzystana przeciw nam. O wiele groźniejsze bowiem niż media czy antykościelna nagonka jest dla Kościoła tolerowanie zła, zamilczanie problemów, czy przerywanie przestrzeni komunikacji.
I na koniec wątek już czysto osobisty i dziennikarski. W kolejnych tekstach czytam o tym, że w wywiadzie nie polemizowałem z jakimiś poglądami ks. Isakowicza-Zaleskiego. Ewa Czaczkowska stwierdza, że za słabo broniłem celibatu (choć w tej sprawie mam poglądy odmienne od ks. Isakowicza-Zaleskiego), ks. Prusak uznaje, że za słabo broniłem duchownych o skłonności homoseksualnej (w tej sprawie zaś zgadzam się z księdzem Isakowiczem), a mnie trudno nie zapytać: czy wywiad jest, zdaniem obojga polemistów, miejscem na prowadzenie szerokiej polemiki?
Czy rzeczywiście ich zdaniem dziennikarz rozmawiając powinien, za każdym razem, gdy nie zgadza się z jakąś opinią, przerywać rozmowę i oburzonym tonem zapewniać, że z jakimś zdaniem się nie zgadza. Czy Ewa Czaczkowska tak właśnie postępuje, czy raczej skupia się na tym, by – możliwe jak najlepiej przedstawić w wywiadzie poglądy swojego interlokutora? Ja taki właśnie cel postawiłem przed wywiadem. Czy został on zrealizowany, to mogą ocenić tylko czytelnicy.
Autor jest filozofem, publicystą, redaktorem naczelnym portalu fronda.pl. Ostatnio opublikował w wydawnictwie „Fronda" wywiad rzekę z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim pt. „Chodzi mi tylko o prawdę"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA