fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Schengen, czyli odrobina radosnego patosu

Od dziś możemy odbyć wycieczkę z Tallina do Lizbony, nie zatrzymując się przed szlabanami, nie okazując paszportów, o upokarzającym otwieraniu bagażników nie wspominając.
To wydarzenie epokowe. Owszem, nie na miarę wejścia Polski do UE czy NATO, na pewno nieporównywalne z „wiosną ludów” 1989 roku, ale gdy zaczniemy szukać w pamięci wydarzeń, które przybliżały nas w ostatnich latach do demokracji, wolności i kapitalizmu, a odsuwały od mrocznych czasów sowieckiego totalitaryzmu, to przystąpienie do strefy Schengen bez wątpienia zajmie na tej liście poczesne miejsce.
Za dużo patosu? Być może uzna tak dwudziestoletni student, dla którego podróżowanie po Europie nie jest niczym nadzwyczajnym. Ale ludziom, którzy niegdyś przemycali mandarynki przez granicę polsko-czeską, stali w kolejkach po wizę w ambasadzie Hiszpanii i ze zgrozą oglądali enerdowskich policjantów z psami na dworcu kolejowym w Berlinie Wschodnim, ta odrobina radosnego patosu chyba się należy. Członkostwo w Unii przynosi nam na razie więcej korzyści niż nieszczęść, a możliwość swobodnego przemieszczania się po Starym Kontynencie jest tego kolejnym dowodem. Czy brak granic sprawi, że staniemy się mniej Polakami, a bardziej Europejczykami? Bez obaw – nasza polskość nie rozpłynie się z powodu kilku zdjętych tabliczek. Paszport z orzełkiem nie będzie już traktowany jak dokument z nieco niższej półki, co już jest powodem do dumy.
A poza tym staniemy się ludźmi bardziej wolnymi. Jakkolwiek by to patetycznie zabrzmiało.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA