fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Pytania do Tuska

Przez ostatnie cztery lata liczba spraw niezałatwionych i odwleczonych wzrosła, [Soft Return]mimo złożonych przez Donalda Tuska w exposé w 2007 r. ponad 190 obietnic
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Polacy pokazali, że nie oczekują od rządzących rozwoju gospodarczego, ale zwykłego poczucia dobrobytu. Gdyby jednak nagle zmienili oczekiwania, to podpowiadamy kilka pytań, jakie powinni zadać premierowi – piszą eksperci
Premier Tusk otrzymał do Polaków w ostatnich wyborach bardzo silny mandat na kolejne cztery lata rządów. Oczywiście dobrze zdajemy sobie sprawę z tego, że wygrał on wybory nie mimo tego, że nie palił się do reformowania, ale właśnie dlatego, że tego nie robił. Innymi słowy, powrócił paradoks późnej epoki saskiej, kiedy mimo fatalnego stanu państwa, obywatele „jedli, pili i popuszczali pasa". Ale ponieważ książki historyczne interesują już tylko ludzi starych, słabo wykształconych z mniejszych ośrodków, przykładem bardziej zrozumiałym będzie być może porównanie polityki polskiej do włoskiej. Zarówno w Polsce jak i we Włoszech społeczeństwo wybiera sobie premierów, którzy utrzymują je przyjemnym letargu i przekonują, że rządzenie odbywa się „daleko od polityki".Bez działań państwa kryzys na drogach i kolei będzie się pogłębiał aż do stanu agonii, a Polacy na podobieństwo obywateli Pakistanu czy Tanzanii będą podróżować tysiącami busików
Polacy pokazali, że nie oczekują od rządzących rozwoju gospodarczego, ale zwykłego poczucia dobrobytu, choć na dłuższą metę nie ma wzrostu bez rozwoju. Być może jakoś dostrzegają związek dyscyplinujących reform, z wysoką jakością dóbr publicznych i narodową konkurencyjnością na globalnym rynku oraz najwyraźniej bardziej interesuje ich stabilność prywatnych, indywidualnych projektów. Wybierają sobie wiec takiego premiera, który zapewnia im spokój konsumpcji. Czy postępując w ten sposób Polacy mają rację? Naszym zdaniem nie i bynajmniej nie świadczy to dobrze o ich politycznej dojrzałości. Gdyby jednak zechcieli nagle w przypływie (polskiej) fantazji przestać zachowywać się jak Włosi, a zacząć zachowywać jak Niemcy, to pozwalamy sobie podpowiedzieć im kilka pytań, które powinni przez najbliższe cztery lata regularnie zadawać premierowi Tuskowi.
Pytanie pierwsze: Jak Pan zadba o polską demografię?
Swego czasu politykę demograficzną swojego rządu premier Tusk sprowadził do hasła: „nie ma co gadać, tylko trzeba brać się do roboty". Kilka tygodni temu ekspert Instytutu Sobieskiego – Bartosz Marczuk – informował, że Polki urodziły w Wielkiej Brytanii w 2010 roku prawie 20 tysięcy dzieci. Oznacza to, że wskaźnik dzietności dla Polek w kraju wynosi niespełna 1,4. a dla Polek w Wielkiej Brytanii waha się w okolicach 2,5. Tę informację można i trzeba traktować jako dowód totalnej klęski polskiej polityki społecznej. Okazuje się, że to nie niechęć rodaków do posiadania potomstwa jest przyczyną zapaści demograficznej. W istotny sposób wpływa na nią zła polityka państwa wobec rodzin.
To już trzecia w ostatnim czasie bardzo zła informacja o sytuacji demograficznej w Polsce. W 2010 roku pierwszy raz od sześciu lat spadła liczba rodzących się dzieci. W 2009 roku urodziło się ich 419,4 tys., a w ubiegłym roku ich liczba zmalała do 413,3 tys. Stało się tak pierwszy raz po sześciu latach wzrostu. Dane te zaskoczyły nawet GUS - jeszcze w styczniu szacował liczbę urodzin na 418 tys.
Kolejna informacja jest jeszcze gorsza, a jest konsekwencją niskiej liczby urodzin. W pierwszym półroczu tego roku odnotowaliśmy, po raz pierwszy od 6 lat, ujemny przyrost naturalny. W pierwszym półroczu tego roku urodziło się w Polsce 192,2 tys. dzieci. W tym czasie umarło 194,2 tys. osób. Po raz pierwszy od 2005 roku mamy do czynienia z wyższą liczbą zgonów niż urodzin.
To także spore zaskoczenie, demografowie przewidywali, że będzie inaczej. Spodziewali się, że jeszcze przez 2-3 lata liczba urodzeń będzie wyższa niż zgonów. Uważali, że będzie jeszcze będzie efekt tzw. echa wyżu demograficznego. Osoby urodzone w licznych rocznikach lat 70-tych i 80-tych miały decydować się na potomstwo. Tym bardziej, że wcześniej odkładały te decyzje. Miało więc być lepiej. Zgodnie z przyjętymi przez GUS założeniami prognozy ludności na lata 2008-2035, zmiany w intensywności urodzeń i zgonów miały doprowadzić do utrzymywania się dodatniego przyrostu naturalnego do 2013 roku.
Okazało się, że demograficzne załamanie przyszło wcześniej. A jest ono realnym wyzwaniem. Niski przyrost naturalny, połączony z szybki starzeniem się ludności od 2018 r. i ujemnym saldem migracji jest jednym z podstawowych wyzwań jakie stoją przed Polską w tej dekadzie. Jak dotąd obiecane przed poprzednimi wyborami masowe powroty emigrantów nie miały miejsca, a informacja o ich dzietności wskazuje, że nawet w pogrążonej w kryzysie zachodniej Europie wciąż panują lepsze warunki do zabezpieczenia dobrobytu ich rodzin.
Pytanie drugie: Jak Pan naprawi polskie finanse publiczne?
Polska w Europie cieszy się renomą państwa, które jest zielona wyspą wzrostu gospodarczego na tle pogrążonej w kryzysie Europy. Ale dobra opinią polityków i finansistów o Polsce oparta jest generalnie na tej samej tradycyjnej niewiedzy. Bo czy faktycznie rozwija się kraj, który ma co prawda ok. 4% wzrostu gospodarczego, ale jednocześnie ok. 8% deficytu finansów publicznych? I czy faktycznie jest reformą finansów publicznych przenoszenie zobowiązań jawnych i rynkowo wycenionych (OFE), w sferę zadłużenia niejawnego (dług implicite) i wycenianie metodami administracyjnymi (ZUS)?
Gdyby ktoś chciał się dowiedzieć, jak wygląda prawdziwa zielona wyspa wzrostu w Europie, powinien zainteresować się tym, co dzieje się po drugiej stronie Bałtyku, tzn. w Szwecji, gdzie wzrost gospodarczy jest jeszcze wyższy, niż w Polsce (5,7% w 2010), budżet notuje małą nadwyżkę, a dług systematycznie spada (z 50% PKB w 2004 do 30% w 2011). To powinien być dzisiaj nas punkt odniesienia. W Szwecji ciężar podatkowy wynosi dziś ok. 45% PKB, w Polsce jest to ok. 42%. Oznacza to, że dzisiejsze dochody podatkowe pokrywają wydatki publiczne na poziomie 2007 r, czyli z początku rządów PO. Dziś jednak wydatki polskiego państwa wynoszą już 46% PKB i są w ponad 70% sztywne, więc w kryzysie łatwiej będzie podwyższać podatki, niż obniżać wydatki. Oznacza to również, że polskie państwo jest już większe i cięższe, niż „socjalistyczne" państwo szwedzkie.
Struktura wydatków polskiego budżetu woła o pomstę do nieba. Za rozwojowe uznać można co najwyżej wydatkach na edukację (37 mld), szkolnictwo wyższe (11 mld) i naukę (4 mld). Natomiast już trzecią część wydatków budżetu pochłania wsparcie wypłaty emerytur (72 mld) i obsługa długu publicznego (38 mld). Oznacza to, że każdy Polak płaci rocznie 1000 zł na samą obsługę 19 tys. długu publicznego, który na niego przypada. Jedna trzecia wydatków na armię, które w wielu krajach są dźwignią rozwoju technicznego, to wypłata emerytur mundurowych. Innymi słowy, olbrzymią cześć tego, co zarobimy pracując (najdłużej w tygodniu w skali europejskiej) przekazujemy tym, którzy nie pracują – a takich osób jest ponad połowa Polaków. Nie lepiej wygląda sytuacja po stronie dochodowej budżetu. System podatkowy jest dziurawy jak ser szwajcarski. Podatek dochodowy od osób prawnych płaci mniej, niż połowa firm, a wpływy z jego tytułu systematycznie maleją i odbiegają od prognoz budżetowych już o 20%.
Czynnikiem pogarszającym warunki funkcjonowania państwa i gospodarki polskiej będzie zapowiedziane już przez agencje obniżenie ratingu dla polskich obligacji, co nieubłaganie przełoży się na podrożenie kosztu pieniądza oraz zmniejszenie możliwości pożyczkowych banków. Ruch ten został zapowiedziany już przed wyborami, co wskazuje na poparcie tych środowisk dla obecnie rządzącego obozu. Fakt ten został upubliczniony, co oznacza, że agencje nie chciały „utrudniać życia" obecnemu rządowi. Jednak brak wiarygodnego budżetu na 2012 r. oznaczać będzie, że podrożenie kosztu pieniądza jak i utrudnienia w jego pozyskiwaniu będą większe. Potrzeby pożyczkowe rządu (poza potrzebami samorządów) będą w 2012 r. wynosiły 174 mld PLN (w tym rolowanie starych długów). Uwzględniając ten fakt, każde podniesienie kosztu kredytu o 1 pkt. to ponad 1,7 mld PLN, które trzeba znaleźć rocznie w budżecie. To samo dotyczy kursu walutowego. Po reformie OFE coraz większa część polskiego długu będzie musiała być emitowana w walutach obcych. Tymczasem już dziś większe, niż 10% zachwianie kursu złotego może wepchnąć rząd poza ustawowe progi ostrożnościowe.
Nie jest zatem przypadkiem, że Komisja Europejska wymienia dziś Polskę na krótkiej liście krajów zagrożonych kryzysem finansów publicznych – obok Belgii, Cypru i Malty. Choć raczej nie dowiemy się tego z polskich mediów.
Pytanie trzecie: Jak Pan zamierza rozwiązać problemy ZUS-u?
Z problemu pierwszego i drugiego wynika problem trzeci. Z opublikowanej niedawno prognozy wpływów i wydatków Funduszu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że w latach 2013 – 2017 na wypłatę emerytur zabraknie w ZUS 239 mld zł. Łącznie w FUS, który jest administrowany przez ZUS, zabraknie w tym czasie na wszystkie świadczenia – według wariantu najbardziej realnego – astronomicznej kwoty 325,7 mld zł. To ponad 65 mld zł rocznie. Okazuje się, że mimo cięcia składki do OFE fundusz, z którego są wypłacane emerytury, wciąż ma ogromne kłopoty. Jest wprawdzie nieco lepiej, niż pokazują wyniki ostatniej prognozy – ZUS wyliczał w marcu 2010 r., że w latach 2011 – 2015 na emerytury będzie brakować 259 mld zł – ale poprawa jest minimalna. W skali pięciu lat tylko 20 mld zł.
Mamy w Polsce po 20 latach od upadku komunizmu ok. 5 mln relatywnie młodych emerytów. Z kolei liczba pracujących we wszelkich możliwych formach oscyluje między 13 a 14 mln., co jest poziomem niższym, niż w roku 2000, 1990, a nawet 1970. Kreacja produktywnych miejsc pracy jest w Polsce wyjątkowo trudna, a mimo to, cały czas uważamy, że stać nas na podwyższanie emerytur i utrzymywanie znaczących grup uprzywilejowanych takich, jak górnicy, policjanci, żołnierze i - na samym dopiero końcu – rolnicy i to głównie ci bogaci. Dużo bogatsi i produktywniejsi od nas Niemcy swoje emerytury utrzymują na zamrożonym poziomie od niemal dekady. Każda osoba pracująca poza rolnictwem dopłaca do dziury w ZUS ponad 3 tys. zł rocznie. A ujmując rzecz nieco inaczej, można powiedzieć, że raz na pięć lat cały budżet państwa poświęcamy dopłatom do funduszu emerytalnego.
Jednocześnie rząd oszczędzając według logiki politycznej, a nie ekonomicznej przyciął wydatki z Funduszu Pracy, poprzez który finansowane były staże młodych ludzi w pierwszych miejscach pracy. Wobec dzisiejszej sytuacji na rynku, gdzie bezrobocie wśród młodych ludzi sięga 25%, a pieniądze w Funduszy Pracy pochodzą od samych pracodawców, jest to rozwiązanie absurdalne. Kilkusetmilionowe oszczędności trwale obniżają kapitał ludzki młodego pokolenia, skazują je na bezrobocie i wypychają je na emigrację, a więc ostatecznie zmniejszają przyszłe składki do ZUS. Podobną sytuację mamy przy długo oczekiwanej reformie szkół zawodowych, która tradycyjnie polega na zmianie przepisów, z przesunięciem ciężaru finansowania zmian na samorządy i gospodarstwa domowe. Rząd zdaje się mówić: jeśli już musicie, to róbcie zmiany, ale nie oczekujcie od nas wsparcia finansowego.
Ale aby nie być monotonnym, zmieńmy temat i porozmawiajmy o energetyce.
Pytanie czwarte: Jak Pan zamierza zmodernizować polską energetykę i zamortyzować skutki pakietu klimatycznego?
Tak naprawdę pierwsze pytanie odnośnie energetyki powinno brzmieć: „Co w Pana wstąpiło, że zgodził się Pan podpisać pakiet klimatyczny?" Ale staramy się w tym tekście nie tyle rozliczać z działań przeszłych, co pytać o działania przyszłe.
Nie można powiedzieć, że w polskiej energetyce nic się nie dzieje. Budujemy gazoport w Świnoujściu, który rząd PiS dopchnął kolanem na odchodnym. Ta inwestycja – jeżeli zostanie zbudowana w pełnym wymiarze – może Polsce dać pełne bezpieczeństwo w dziedzinie zaopatrzenia w gaz. Chcemy też zbudować za 50 mld zł pierwszą polską elektrownię atomową. Ale w tym przypadku pytanie, co zyskujemy dzięki tej inwestycji jest już dużo bardziej kłopotliwe. Po pierwsze bowiem, elektrownia ta da nam tylko 3000MW, czyli zaledwie ok. 8% mocy szczytowej polskiego systemu. Po drugie, instalacja ta wymaga bardzo rozbudowanych inwestycji towarzyszących – przede wszystkim w przesył, monitoring, aparaturę naukową oraz system szkolenia pracowników. Po trzecie wreszcie, dwa polskie reaktory kosztują tyle, ile polski system bankowy ocenia, że mógłby pożyczyć polskim spółkom na energetykę zawodową w ogóle.
A potrzeby są ogromne. Po pierwsze, chodzi o zużycie techniczne polskich bloków węglowych, które sięga 70%. Kilka tysięcy megawatów mocy powstało jeszcze za Bolesława Bieruta, co sprawia, że ok. 20% dostępnych dziś mocy powinno zostać wygaszonych do końca dekady. Po drugie, pracujące dziś bloki, z których większość pochodzi z lat 60. i 70. mają niski poziom sprawności, stąd są wysoce emisyjne. W sytuacji oparcia polskiej energetyki w 90% na węglu – tj. paliwie najbardziej emisyjnym, oznacza to, że przy cenie emisji CO2 Ř40/t cała dzisiejsza polska energetyka staje się praktycznie nieopłacalna, wobec innych rozwiązań technologicznych. Ale one kosztują i to dużo. Innymi słowy, Polska musi modernizować system wytwarzania i przesyłu energii, na co potrzeba .80-100 mld euro w ciągu najbliższych dwóch dekad a jednocześnie zrobić to tak, by spełniał on normy niskiej emisyjności określane w dyrektywach pakietu klimatycznego UE.
Skąd jednak wziąć te 100 mld? W teorii można podwyższyć ceny energii, ale wzrosły one w ostatnich latach już o 60% i dziś są one Polsce, w parytecie mocy nabywczej, jednymi z najwyższych w Europie. Na pewno nie ma szans na proporcjonalny wzrost wydajności energetycznej gospodarki, który mógłby tę podwyżkę zrównoważyć. Co więcej, w strukturze polskiego przemysłu wciąż znaczącą role pełnią ciężkie przemysły energochłonne i emisyjne, takie jak huty, wielka chemia, celulozy, czy cementownie, w których zatrudnionych jest ok. 10% pracujących. Dla nich, dalsze znaczące wzrosty cen energii, a po wejściu pakietu klimatycznego w życie w 2013 r, mogą one skoczyć nawet o dalsze 100%, skończą się po prostu zamknięciem produkcji i przeniesieniem jej poza UE. Tych utraconych miejsc pracy na pewno nie zastąpią nowe, „zielone", ponieważ z jednej strony nie ma w Polsce takiego potencjału, a z drugiej, większość z nich istnieje dzięki subwencjom.
Skoro zatem premier Tusk skazał polską gospodarkę na fatalny dla nas pakiet klimatyczny, jak zamierza zamortyzować jego uderzenie, aby nie sprawdziły się prognozy, mówiące, że będziemy tracić rocznie w jego skutek ok. 1,8% PKB?
Pytanie piąte: Jak Pan zamierza zbudować infrastrukturę komunikacyjną odpowiednią do polskich potrzeb?
Pytanie jest oczywiście z gatunku podchwytliwych. Bo jakie właściwie są polskie potrzeby w tej dziedzinie? W jakimś sensie odpowiada na nie opracowany w środowiskach eksperckich projekt „Strategii zagospodarowania przestrzennego kraju". Z jednej strony określa on komunikacyjny rdzeń Polski – pięciokąt Warszawa, Poznać, Wrocław, Śląsk, Kraków, a z drugiej, definiuje właściwą hierarchię funkcji – ruch wewnątrz kraju, ruch na zewnątrz kraju i dopiero na samym końcu tranzyt.
Tymczasem ukochane przez Polaków autostrady, budowane kosztem 40 mld długu schowanego w Krajowym Funduszu Drogowym, przede wszystkim spełniają tę ostatnią, najmniej wartościową funkcję. Ich układ odzwierciedla radzieckie imperialne motywacje, którym był podporządkowany w momencie ich planowania w latach 1970. Tymczasem kilka kluczowych dla Polski dróg jeszcze długo nie będzie ukończonych. Wynika to z ogłoszonego niedawno harmonogramu realizacji programu modernizacji infrastruktury drogowej do 2030 r. Pokazuje on, że z powodu dużego zadłużenia państwa (Komisja Europejska w przeciwieństwie do ministerstwa finansów, traktuje KFD jako część sektora finansów publicznych), inwestycje gwałtownie wyhamują. Do końca dekady ma zostać zmodernizowana praktycznie jedynie cała droga S7 (Gdańsk-Warszawa-Kraków) oraz fragmenty S5 (Wrocław-Pozań), S8 (Warszawa-Białystok) i. S17 (Warszawa-Lublin).
Tymczasem analizy dostępności komunikacyjnej pokazują, że duża część tych dróg posiada potencjalnie bardzo duże oddziaływanie pozytywne, ale jedynie w przypadku ich modernizacji na całej długości. Wychodzi zatem na to, że z powodu chęci oszczędzenia kilku miliardów złotych dotychczasowe inwestycje posiadać będą jedynie cząstkę swojej potencjalnej wartości. Co więcej, te już w bólach ukończone bynajmniej nie będą zachęcały swoją ceną – wakacyjny przejazd z południa Polski na plaże Bałtyku autostradą A1 kosztować będzie bagatelka 113 zł. Dodając do tego koszty coraz droższego paliwa wychodzi ok. 300 zl za przejazd. Być może zatem Polacy powinni przesiąść się do pociągów?
Ta sugestia brzmieć może dzisiaj, jak żart. Zanik sieci kolejowej – zwłaszcza w Polsce zachodniej – sprawił, ze stała się ona jednolita, tzn. jednolicie rzadka. Gęstość sieci przystanków spadła w dawnym zaborze niemieckim o 40%, a średnia prędkość przewozowa w całej Polsce spadła do 60 km/h. Co więcej, podporządkowanie remontów linii kolejowych niemal wyłącznie transeuropejskim sieciom transportowych (TEN-T) sprawiło, że towary z fabryk na południu Polski wyjeżdżają dziś zmodernizowaną linią do portu w Hamburgu, a towarowa linia do Szczecina została wyłączona z użytku.
W efekcie, niedługo jedynymi liniami w dobrym stanie będą fragmenty korytarzy europejskich łączących duże miasta, po których mknąć będą zakupione przez PKP nie wychylne składy pociągu Pendolino (wł. „Wahadełko"). Jaki w tym sens i jaki z tego pożytek? Należy się zastanowić, czy wydawać 30 mld zł na koleje wysokich prędkości, skoro na reszcie linii nie da się osiągnąć nawet normalnych prędkości, a czasy przejazdu są dłuższe, niż w latach 1930. (Luxtorpeda)? Wygląda zatem na to, że - podobnie jak w Hiszpanii - kolej obsługiwać ma tylko ruch międzyaglomeracyjny. Bo jak na razie tylko na to wydajemy pieniądze.
A co z polskimi miastami, duszącymi się w korkach i rozlewającymi się poza swoje granice w ramach dynamicznej suburbanizacji? Skoro już koniecznie Polacy upodobali sobie sarmackie życie na przedmieściach, to jedynym ratunkiem wydaje się tu sprawny aglomeracyjny transport kolejowy, startujący ok. 100 km za miastem i wjeżdżający sprawnie do centrum. Ale to oznacza, że Przewozy Regionalne muszą przestać być gruźlikiem kiwającym się na skraju grobu, a linie kolejowe ponownie muszą połączyć ze sobą nie tylko miasta wojewódzkie, ale i powiatowe. Dziś taką wizję realizuje bodaj tylko samorząd Pomorza. Wszędzie indziej bez działań państwa kryzys będzie się pogłębiał aż do stanu agonii, a Polacy na podobieństwo obywateli Pakistanu czy Tanzanii będą podróżować tysiącami busików. Drogo, długo i niewygodnie.
Podobne pytania można mnożyć. O infrastrukturę powodziową, o edukację szkolną, o służbę zdrowia, o stan polskiej armii itp. Przez ostatnie cztery lata liczba spraw niezałatwionych i odwleczonych wzrosła, mimo złożonych w expose w 2007 r. ponad 190 obietnic. Może zatem już czas najwyższy zamienić gierkowską propagandę sukcesu na polską drogę do sukcesu?
Olgierd Bagniewski jest szefem zespołu analityków East Stock Informationsdienste w Hamburgu
Jan Filip Staniłko jest prezesem Instytutu Sobieskiego i redaktorem dwumiesięcznika „Arcana"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA