fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Kto jeszcze pamięta o Erice Steinbach

Po raz pierwszy w ostatnich latach niemieckie media zignorowały wysiłki Eriki Steinbach, która nadal czyni wszelkie starania, aby przypomnieć o swym politycznym istnieniu.
Służyć miała temu kolejna wystawa jej Centrum przeciwko Wypędzeniom zatytułowana „Angekommen" (Przybyli). Traktuje o trudnej integracji milionów Niemców wysiedlonych w wyniku II wojny z Polski i innych krajów.
Otwarta kilka dni temu w jednym z gmachów Bundestagu z udziałem szefa niemieckiego parlamentu nie doczekała się ani jednej recenzji w niemieckiej prasie. Z wyjątkiem niszowego „Neues Deutschland", „dziennika socjalistycznego", jak się sam nazywa ten były organ partii komunistycznej z NRD. Wystawą nie zainteresował się nawet konserwatywny „Frankfurter Allgemeine Zeitung" („FAZ") śledzący do tej pory niemal każdy krok szefowej Związku Wypędzonych (BdV). – Brak zainteresowania „FAZ" takim wydarzeniem jak wystawa Steinbach świadczy najlepiej o powrocie do normalności w relacjach polsko-niemieckich – uważa Cornelius Ochmann, ekspert Fundacji Bertelsmanna. Widać to i po wschodniej stronie Odry, gdzie nikogo nie zainteresowała tegoroczna podróż szefowej BdV do Gdańska i okolic.
Nie brak w Berlinie głosów, że era pani Steinbach w niemieckiej polityce bezpowrotnie minęła i nie ma ona już wiele do powiedzenia, przynajmniej w sprawach dotyczących relacji z Polską. A przecież niemal przez całą ubiegłą dekadę szefowa BdV była jedną z centralnych postaci wpływających na ton relacji pomiędzy Berlinem a Warszawą. Bez wątpienia wzrost jej politycznego znaczenia w Niemczech był efektem kontrowersji, jakie wywoływała w Polsce. To także już przeszłość. Warszawie udało się w ostatnich latach zerwać więź pomiędzy bieżącą polityką a zaszłościami historycznymi. Erika Steinbach odnosiła sukcesy i ponosiła porażki w walce o swój projekt wielkiego muzeum w Berlinie. Miało ono obrazować losy niemieckich wypędzonych, przedstawianych nie tyle w roli ofiary zbrodniczej wojny rozpętanej przez Adolfa Hitlera, co jako ofiary pałających żądzą odwetu Polaków i Czechów. Steinbach przejdzie do historii jako matka chrzestna powstającego w Berlinie nowego muzeum, miejsca pamięci wypędzeń i wypędzonych, ale dzięki postawie Guida Westerwellego, szefa niemieckiej dyplomacji, nie zdołała uzyskać dla siebie miejsca we władzach fundacji powołanej do organizacji nowego muzeum. Ma tam jednak swoich ludzi. W radzie naukowej fundacji zajęli także miejsca polscy naukowcy, którzy mają możliwość wpływania na kształt przyszłej ekspozycji. W całym sporze w zasadzie nie chodziło nigdy o to, czy Niemcy mają prawo do przedstawienia swego widzenia historii. Przedmiotem kontrowersji było jedynie, w jaki sposób to zamierzają uczynić. Spisywanie pani Steinbach całkowicie na straty byłoby nieporozumieniem. – Nasze wystawy obejrzało grubo ponad 100 tysięcy osób w całych Niemczech. Planujemy przedstawić je także w Brukseli – tłumaczy Wilfried Rogasch, kurator ostatniej, bez wątpienia ciekawej, ekspozycji „Przybyli". Tworzy ona tryptyk wraz z poprzednimi wystawami „Wymuszone drogi" oraz „Wezwani" i całość pokazana zostanie wiosną przyszłego roku w Pałacu Następców Tronu na Unter den Linden. – Pojawią się tłumy i rezonans w mediach będzie tak wielki jak poprzednio – zapewnia Walter Stratmann, rzecznik BdV. Jest przekonany, że w chwili, gdy niemieckie media zajęte były kryzysem finansowym, trudno było oczekiwać innych reakcji. Ale czy nie jest tak, że maleje w Niemczech zainteresowanie tematyką wypędzonych? – Zapewne tak właśnie jest – mówi Andreas Kossert, autor książki „Zimna ojczyzna". Opowiada ona o wrogim przyjęciu wypędzonych przez ich współobywateli w RFN po wojnie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA