fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Na ekranach Habemus papam Nanniego Morettiego

Nanni Moretti
Gutek Film
Nanni Moretti opowiada Barbarze Hollender o swoim nowym filmie "Habemus papam – mamy papieża". W kinach od piątku
Niedawno był na ekranach film "Jak zostać królem", teraz jest "Habemus papam...". Czy zaczynamy dostrzegać stres ludzi, na których historia składa odpowiedzialność za losy innych? Czytaj recenzję filmu
Nanni Moretti: Chyba tak. Sam jestem ciekaw, jak reagują ci, którzy dostają władzę polityczną lub "rząd dusz". Pod warunkiem że są oni godni szacunku. Nie interesuje mnie, co myśli Berlusconi. W jego przypadku ważniejsze jest pytanie: dlaczego pozwoliliśmy mu zawładnąć najpierw telewizją, potem państwem i umysłami wielu obywateli? Dlaczego spokojnie patrzyliśmy jak na swoją modłę zmienia Włochy? Zobacz galerię zdjęć O Berlusconim zawsze wypowiada się pan krytycznie. Dlaczego więc jest pan tak łagodny dla władzy kościelnej?
Stale słyszę pytanie, dlaczego oszczędziłem Kościół. Nawet je rozumiem. Nie jestem głupcem, do którego nie dociera to, o czym się wszędzie mówi i pisze. Ale nie chciałem zrobić filmu o księżach pedofilach molestujących nieletnich chłopców ani o finansowych aferach duchownych. "Habemus papam..." to opowieść o papieżu, którego sam wymyśliłem. O człowieku, który nie czuje się na siłach wziąć odpowiedzialności, jaką na niego nakładają inni. Historia kogoś, kto jest w stanie przyznać się do swojej słabości. Nawet przed sobą. Nie kusiło pana, by zagrać papieża? Nie, bo to byłby wówczas inny film. Ale ta postać jest mi bliska. Gdy Melville mówi: "A czy nie moglibyśmy udawać, że ja po prostu zniknąłem?", dreszcze przechodzą mi po plecach. Czasem też mam na to ochotę. Jako młody chłopak byłem dość pewny siebie. Teraz z każdym rokiem mam coraz więcej lęków. O, zniknąć! To byłoby w różnych sytuacjach niezłe rozwiązanie. Myśli pan, że taka niepewność może towarzyszyć papieżowi? A dlaczego nie? Czytałem, że wielu papieży po wyborze wpadało w panikę. W jednym z wywiadów o swoim lęku opowiadał też Benedykt XVI. Zawsze się zastanawiałem, jak czuje się człowiek, który w ciągu chwili staje się namiestnikiem Boga na ziemi. To dla mnie niewiarygodne. Pierwowzorem postaci Melville'a był Jan Paweł II, który jak on chciał zostać aktorem? Jeśli ktoś dostrzeże podobieństwa, jego sprawa. Ale równie uprawnione są odniesienia do Benedykta. W końcu film zaczyna się od zdjęć z pogrzebu Jana Pawła II, a w filmie jest mowa, że papież, który umarł, cieszył się wielką miłością wiernych. Ale tak naprawdę Melville nie jest niczyim odbiciem. Michel Piccoli mówi, że po raz pierwszy od lat musiał stanąć do zdjęć próbnych. To nie tak. Wybrałem go, bo mój papież musiał być ludzki. A Piccoli ma w twarzy dziecięcą dobroć, ale też charyzmę, która budzi szacunek. Chciałem się tylko przekonać, jak sobie poradzi językowo. Rolę rzecznika prasowego Watykanu od razu pisał pan z myślą o Jerzym Stuhrze? Nie. Stuhr brał udział w zdjęciach próbnych do trzech różnych ról i w każdej był wyśmienity. Równie dobrze mógł zagrać któregoś z ważnych kardynałów. Obsadziłem go jednak w roli rzecznika, bo uwierzyłem, że ma wystarczająco silną osobowość, by nie ulec charyzmie papieża, lecz starać się go zdominować i przekonać do powrotu. Jak "Habemus papam..." został przyjęty w Watykanie? Różnie – od oburzenia do zachwytu. Watykan nie jest monolitem. Są tam księża o różnych poglądach, dziennikarze, pracownicy świeccy. Tylko kilka osób otwarcie wystąpiło przeciwko temu filmowi. Ale te wszystkie reakcje nie były dla mnie ważne. To nie jest kronika Watykanu a wypowiedź artystyczna. Film, w którym przegląda się moja wrażliwość. I mój ateizm, do którego mam prawo. Tym filmem wpisał się pan we włoską tradycję opowiadania o wierze i kościele. Przed panem byli Pasolini, bracia Taviani, Marco Bellocchio... Robiąc "Habemus papam...", nie myślałem o nich. Towarzyszyły mi raczej obrazy z twórczości Luisa Bunuela, artysty, który jak nikt inny potrafił zderzać ze sobą sacrum i profanum, odzierać wiarę z mitów i sztuczności. Przede wszystkim jednak chciałem opowiedzieć o własnych lękach. Tak jak we wszystkich swoich filmach. rozmawiała Barbara Hollender Nanni Moretti włoski reżyser, scenarzysta, aktor Urodził się w 1953 r. w Brunico. Za "Dziennik intymny" dostał Europejską Nagrodę Filmową w 1994 r., za "Pokój syna"  – Złotą Palmę w Cannes (2001). Jego "Kajman" był ostrą satyrą na Berlusconiego. Często gra we własnych filmach, jedną z najciekawszych ról stworzył też w "Cichym chaosie" Grimaldiego.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA