fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i rozmowy

Żyjemy w czasach permanentnego kryzysu

Peter Schwartz
Fotorzepa, Piotr Wittman
Żyjemy w czasach kryzysów kaskadowych. Jeden kryzys wywołuje następny. Kryzysy trwają bezustannie: od gospodarczych załamań, poprzez wojny, kończąc na kataklizmach pogodowych – mówi Jakubowi Kuraszowi amerykański pisarz i futurysta Peter Schwartz
Świat stoi przed wielkimi kosztami wychodzenia z kryzysu finansowego. Tymczasem pan, walcząc ze zmianami klimatu, domaga się wprowadzenia ekologicznych, a więc kosztownych metod pozyskiwania energii. Dla Polski, gdzie większość energii pochodzi z węgla, to będzie ogromne obciążenie.
Peter Schwartz: Wcale tak nie uważam. Bo Polskę czeka nie budowa kolejnych nowych elektrowni węglowych, lecz postawienie na gaz łupkowy. To będzie wasz własny gaz. Zredukujecie dzięki niemu emisję CO2 nawet o 60 – 70 proc. Dodatkowo będziecie rozwijać krajowy przemysł energetyczny i zmniejszycie import z Rosji. Gdzie tu zagrożenia? Nie ma ich. To ogromna szansa dla polskiej gospodarki. Możecie modernizować się i rozwijać w zgodzie ze środowiskiem.
To prawda, amerykańska administracja ocenia, że nasze rezerwy gazu łupkowego są najwyższe w Europie. Jak powinniśmy wykorzystać tę szansę? Według znanych mi szacunków wasze zasoby wystarczyłyby Polsce na 250 lat. To znaczy, że nie tylko nie musicie się martwić o import energii, ale możecie też ją eksportować. Niemcy byliby pewnie zadowoleni z możliwości zakupu energii tak blisko, możecie więc im sprzedawać gaz. W ten sposób powstanie zupełnie nowy rynek energii w Europie. W Wielkiej Brytanii i we Francji również odkryto złoża gazu niekonwencjonalnego. Europa staje się w tej dziedzinie konkurentem USA. Równowaga energetyczna na świecie będzie się zmieniać. Nowe kopalnie węgla, elektrownie jądrowe, nawet elektrownie słoneczne będą przegrywać z gazem łupkowym. Bo on jest naturalny i tani. Skutkiem będzie też pozytywny wpływ na klimat, bo przejście od węgla do gazu jest korzystne. Im więcej gazu będziecie wydobywać, tym silniejsi będziecie. Rosja od zawsze była energetycznym potentatem. Ma ogromne wpływy w Europie. Jej przedstawiciele będą przekonywać, że wydobycie gazu łupkowego jest niebezpieczne dla środowiska. Jeśli zrobicie wszystko ostrożnie, zagrożenia nie będzie. Zwróćcie uwagę, jaki wpływ na środowisko ma rosyjska energetyka. Wie pan, ile gazu wycieka z rosyjskich gazociągów? Prawie 10 proc. A metan jest osiem razy bardziej szkodliwy niż CO2. Więc każdy gram tego gazu jest osiem razy gorszy niż CO2 powstające z waszego gazu łupkowego. Musielibyście produkować niewyobrażalne ilości gazu, by wasz negatywny wpływ na środowisko był tak wysoki jak Rosji. Ale my podlegamy dyrektywom Unii Europejskiej, a Rosja nie. Unia ma interes w produkcji gazu łupkowego u siebie, bo stanowi on świetną alternatywę dla gazu rosyjskiego. Bruksela nie chce utknąć w rosyjskim świecie surowców, bo Rosja pokazała, że nie jest do końca lojalna. Wciąż chce budować alternatywne rurociągi. Planuje trasy tranzytu do Azerbejdżanu. Są też propozycje trzech południowych gazociągów. Wszystko po to, by mogła zdywersyfikować dostawy surowca. Jeśli Unia skupi się na rodzimej produkcji, to jej pozycja w negocjacjach z Rosją wzrośnie. Rosji się to nie spodoba, to jasne. Ale co zrobi ze swoim gazem, jeśli nie sprzeda go Europie? Jesteście dla Moskwy obecnie jedynym poważnym rynkiem gazu. Rosjanie trochę sprzedają na południu, ale negocjacje z Chinami trwają już dziesięć lat i wciąż nie słychać o dużym sukcesie. Polska jest w Unii Europejskiej, ale nie w strefie euro. To dla nas dobrze? To zależy, co się będzie działo ze wspólną walutą. Myślę, że Europie uda się wyjść z kryzysu. On będzie was wiele kosztował, ale wspólne z niego wyjście jeszcze bardziej Europę zjednoczy. W końcu w Unii powstanie wspólna polityka fiskalna i wasze wejście do eurolandu będzie dobrym posunięciem. Taka wspólna polityka fiskalna będzie oznaczać unifikację podatkową. Czyli wzrost podatków w Polsce. Nikt was do niczego nie zmusi. Możecie pozostać przy swojej walucie, jeśli uznacie, że wspólna polityka fiskalna byłaby dla was nieopłacalna. Jednak jeśli chcecie mieć korzyści z euro, to musicie ponieść pewne koszty. Nie ma darmowych obiadów. Wejście do klubu euro zawsze wiązało się z wyrzeczeniami, których niektórzy – na przykład Grecy – nie chcieli ponosić. Teraz albo wylecą z tego zespołu, albo poniosą koszty. Niemcy i Francja też będą cierpiały, bo chcą, by wspólnota działała dalej. Czy przewiduje pan dalsze gwałtowne turbulencje gospodarcze? Jak długo będzie trwał kryzys? Żyjemy w czasach kryzysów kaskadowych. Jeden kryzys wywołuje następny. Przyczyna jest prosta. Świat jest dziś bardzo mocno połączony – informacyjnie, logistycznie, finansowo. Dlatego kryzysy trwają bezustannie: od gospodarczych załamań poprzez wojny kończąc na kataklizmach pogodowych. To wszystko ma ogromny wpływ na działalność firm i pociąga za sobą kolejne konsekwencje. Turbulencje będą trwały jeszcze długo. To normalne we współczesnym świecie. Polski minister finansów Jacek Rostowski powiedział niedawno, że obecny kryzys może skończyć się wojną. Wojna jest mało prawdopodobna. Możliwe jest raczej, że dojdzie do przemocy wewnątrz krajów. To już obserwowaliśmy we Francji czy w Wielkiej Brytanii. Zdesperowani ludzie wychodzą na ulicę i wszczynają zamieszki. Ruch „oburzonych" dopiero się rozkręca. I tu upatrywałbym prawdziwego zagrożenia, które będzie bardzo trudno kontrolować. Wiele na świecie zależy od Stanów Zjednoczonych. Jaka jest przyszłość amerykańskiej gospodarki? Przyszłoroczne wybory w USA mają ogromne znaczenie. Są dwa zgoła odmienne pomysły, jak zarządzać Stanami Zjednoczonymi. Pierwszy, konwencjonalny to polityka tradycyjna i normalne cięcia budżetowe. Zaś drugi pomysł – to radykalne decyzje, że ciąć należy po prostu wszystko. Jeśli Tea Party (odłam Partii Republikańskiej – red.) dojdzie do władzy, może być realizowany ten drugi plan. To byłaby katastrofa. Kryzys amerykańskiej gospodarki jeszcze bardziej się pogłębi i przełoży negatywnie na światową koniunkturę. Bezrobocie może wzrosnąć nawet do 25 proc. USA pogrążą się w depresji. Amerykańska gospodarka się skurczy. Republikanie – mam na myśli większość ich kandydatów na prezydenta – nie wierzą w naukę, nie wierzą w zmiany klimatu, nie wierzą w ewolucję. Żyją swoimi fantazjami. Podobno to amerykański bank Goldman Sachs kieruje światem, a nie poszczególne rządy... Nie wierzę w takie koncepcje. Byłem odpowiedzialny za strategię jednej z największych korporacji świata – Shella. Współpracowałem z licznymi rządami. I wiem, że wpływ biznesu na świat jest naprawdę ograniczony. Są rzecz jasna na świecie miejsca, gdzie biznes odgrywa kluczową rolę, ale jest ich niewiele. Biznes kreuje miejsca pracy, oddziałuje na bezrobocie, światowe inwestycje, i w ten sposób ma wpływ na politykę, ale jest to wpływ pośredni. Nie przekłada się bezpośrednio na polityczne decyzje. A Rosja? Będzie ważnym graczem w światowej gospodarce? Rosjanie lubią Putina, lubią jego styl, ma poparcie 70 proc. mieszkańców. To smutne. Ale oznacza to, że nawet gdyby była tam prawdziwa demokracja, on by wygrał. Należy więc to respektować. Rosja jest skorumpowana, a mafia ma tam ogromne wpływy. Wciąż jest niebezpiecznie robić tam interesy. Jednocześnie jednak pozycja Putina i sposób sprawowania władzy daje poczucie bezpieczeństwa. Putin ma tylko jeden interes: jest nim on sam i jego ludzie. Chce być najbogatszym i najbardziej wpływowym człowiekiem na świecie. Lubi, gdy naród skupia na nim swoją uwagę. Jest młody i ma przed sobą przyszłość, przynajmniej 25 lat rządów. Uważam, że nie jest niebezpieczny, bo ceni sobie status quo. Nie jest to może najlepsze rozwiązanie, ale na pewno nie tragiczne. Jednak Rosja jest w głębokim kryzysie. Już pięć lat temu jej populacja zaczęła się kurczyć. Ilość siły roboczej zmniejsza się bardzo szybko. Głównym czynnikiem utrzymującym ich gospodarkę jest eksport surowców. Pozostałe gałęzie przemysłu leżą. Więc przyszłość należy pewnie do Chin? Na pewno Chiny będą jedną z głównych gospodarek na świecie. Ale nie będzie jednego głównego rozgrywającego. W porównaniu z Rosją, Chiny mają się świetnie. Aż sześciu na siedmiu członków komitetu centralnego partii to inżynierowie. Oni stawiają na cele naukowe. Ideologia odeszła. Wszystko opiera się na pragmatyzmie. Najlepszym przykładem jest ich system bankowy, który dwa lata temu wyszedł z kryzysu bez szwanku. Widzę przyszłość Chin w bardzo optymistycznych barwach. Chcą być szanowani, mają duże ambicje. Przed nimi przynajmniej 50 lat rozwoju. Nie uważam, by stanowili problem dla jakiejkolwiek innej gospodarki. Największym wyzwaniem będzie dla nich narastająca z roku na rok bieda. Ale muszą się bez przerwy rozwijać. To działa jak rower – trzeba cały czas pedałować,by się nie przewrócił i jechał do przodu. Peter Schwartz zajmuje się przewidywaniem przyszłości oraz planowaniem możliwych scenariuszy gospodarczych, społecznych i politycznych. Pracował m.in. dla Royal Dutch Shell. W 1988 roku założył Global Business Network, firmę doradztwa strategicznego, która obecnie ma 30 biur i zatrudnia 1,5 tys. pracowników. Jest partnerem w firmie doradztwa strategicznego Monitor Group. Z wykształcenia inżynier lotniczy. Był konsultantem przy produkcji filmów „Raport mniejszości" i „Gry wojenne"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA