fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Jeździć z głową na karku

Adam Małysz (z prawej) i jego pilot Rafał Marton
Fotorzepa, Piotr Nowak pion Piotr Nowak
Adam Małysz o Rajdzie Dakar i o tym, czego jeszcze chce od życia
Rz: Wciąż pana pytają, co jest bardziej niebezpieczne: skoki czy rajdy terenowe?
Adam Małysz: Tak, a ja odpowiadam, że ani skoki, ani rajdy bezpieczne nie są. Choć jak sobie przypomnę, że na mamucie lądujesz, lecąc z prędkością 140 – 160 km/godz., mając jedynie kask na głowie, to dochodzę do wniosku, że to, co robię teraz, jest bezpieczniejsze. Tu chronią mnie blachy samochodu i stalowa klatka, choć to czasami jest złudne. Wydaje się, że nic ci nie grozi, i przesadzasz. Sztuką jest unikać niebezpiecznych sytuacji. Skoki uprawiałem 27 lat, można więc powiedzieć, że w tamtym fachu byłem doświadczony, a tu jestem nowicjuszem. Prezes Apoloniusz Tajner chwalił pana umiejętności jako kierowcy. Twierdził, że ma pan siódmy zmysł do kierownicy. Przesadzał?
Nie tylko on tak mówił, ja też uważałem się za bardzo dobrego kierowcę i dopiero jak zacząłem treningi, przekonałem się, jak niewiele umiałem. Może jakiś tam dryg do kierownicy miałem, ale w tym świecie, do którego trafiłem, to stanowczo za mało. Co jest najtrudniejsze w zawodowym ściganiu? Opóźnianie hamowania. Im później przyciśniesz hamulec, tym szybciej przejedziesz trasę. Tu trzeba na ten hamulec mocno depnąć, tuż przed zakrętem, nie tak jak robiłem wcześniej, lekko i pulsacyjnie. Zresztą o błędach, które popełniałem w zwykłej, ulicznej jeździe, długo by mówić. Ci, którzy widzą pana na treningach, wróżą panu piękną przyszłość. Trochę kadzą? Prawdopodobnie tak, ale co do jednego mają rację: jestem bardzo zaciętym i upartym sportowcem. Im więcej przeszkód, tym jestem twardszy. To na pewno mi pomaga. A że przy tym się bawię i realizuję młodzieńcze marzenia, to inna sprawa. Jak trenujemy na poligonach, to mam okazję postrzelać z różnej broni, jeździć czołgiem. Ja, który w wojsku nie byłem. Pan przygotowuje się do Dakaru, a koledzy skoczkowie do nowego sezonu, pierwszego od lat bez Małysza. Dadzą sobie radę bez pana? Letnia Grand Prix pokazała, że tak. Kamil Stoch jest naturalnym liderem, ogromne możliwości ma Piotr Żyła. A przecież jest jeszcze Maciek Kot, bracia Miętusowie, Krzysztof i Grzegorz. O nasze skoki nie musimy się martwić. Cały czas mam kontakt z trenerami Łukaszem Kruczkiem i Robertem Mateją, więc wiem, że chłopaki robią postępy. Nie żal, że dla pana skakanie to już przeszłość? Podjąłem świadomą decyzję, teraz realizuję się na innym polu. Najważniejsze, że znów mam cel, do którego dążę, i nie ukrywam, że dobrze mi z tym. Twarz zarośnięta, sylwetka masywniejsza, słowem inny Adam Małysz. Taki trochę wilk pustyni. Wrócił pan z Maroka, znów pan tam leci... Co do zarostu, faktycznie dopiero wróciłem z Afryki i nie zdążyłem się ogolić. Na nic nie mam czasu, tak jak dawniej, tyle że teraz więcej jeżdżę po Polsce. Ważę o siedem kilogramów więcej niż wtedy, gdy fruwałem na skoczniach, bo nareszcie mogę jeść i pić do woli. Kiedyś mogłem tylko usta w wodzie zamoczyć, teraz, kiedy trenujemy, wypijam sześć litrów dziennie. A do Maroka wracamy dlatego, że tam są najlepsze warunki do przygotowań. Jazda na pustynnych piaskach to niesamowite doświadczenie. Zdaję sobie sprawę, co mnie czeka na Dakarze. Cały czas zresztą przypomina mi o tym Rafał Marton, mój pilot, który był na Dakarze siedem razy. Najbliższy rajd w Maroku będzie przedsmakiem tego, co czeka pana w Ameryce Południowej? To będzie jeszcze jeden poważny trening przed najważniejszym wyzwaniem. Nie wybieram się na Dakar, by wygrać, bo wiem, że to niemożliwe, nikt za pierwszym razem tej sztuki nie dokonał. Chcę przetrwać. Najlepsi ze swym ogromnym doświadczeniem, szybszymi autami i zespołami fabrycznymi będą dla mnie nieosiągalni. Nasz niepierwszej młodości mitsubishi może nie jest tak szybki, ale za to bardzo wytrzymały, a to dla mnie ważne. Będę w nim przecież walczył z samym sobą, by dojechać do mety. Teraz leci pan do Maroka z żoną i córką, które też pojadą w tym rodzinnym rajdzie. To pana pomysł? Nie, organizatorów, to oni przekonywali żonę, by się zgodziła. Byliśmy kiedyś w Maroku na wczasach, ale to zupełnie inne doznania. Teraz zobaczy ten kraj od środka, pozna biednych, ale też bardzo przyjaznych ludzi. Ja już to przeżyłem i wiem, że warto. Kiedy oddał pan ostatni skok, sądzono, że pan odpocznie, weźmie głęboki oddech i dopiero wtedy zastanowi się co dalej. A pan wszystkich zaskoczył... Nie czuję się jeszcze emerytem. Ogródek i przycinanie krzewów to moje hobby, ale od życia chcę czegoś więcej. Dlatego wybrałem rajdy, bo to męski, ekstremalny sport. To właśnie lubię najbardziej.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA