fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Donald Tusk w sidłach sondaży i PR - Warzecha

Łukasz Warzecha
Fotorzepa, Darek Golik
Lider PO nie pielęgnuje żadnej idei. Jest jak lepka substancja, którą można wlać w każde naczynie, jakie wykreują specjaliści od wizerunku i sondaży – twierdzi publicysta
Premier Donald Tusk odbywa spotkanie ze współpracownikami. Kiedy jeden z nich, niezbyt przez niego lubiany, wychodzi do toalety, szef rządu zrzuca na ziemię jego marynarkę i wyciera sobie nią buty. Ta anegdota, przytoczona niedawno przez Piotra Zarembę, doskonale charakteryzuje lidera Platformy. Pokazuje wszystkie jego charakterologiczne cechy, a także stosunek do państwa i rządzenia: czysta żądza posiadania władzy, instrumentalne, pozbawione szacunku traktowanie ludzi, upodobanie do gestów małego tyrana, napawanie się własną pozycją.
Zróbmy teraz myślowy eksperyment i zastanówmy się, czy wyobrażamy sobie podobne zachowanie któregoś z ważnych światowych przywódców ostatnich lat. Angelę Merkel? Baracka Obamę lub jego poprzednika George'a W. Busha? Może Tony'ego Blaira albo Davida Camerona? A może Nicolasa Sarkozy'ego? Nie znamy oczywiście stosunków, jakie panują za drzwiami gabinetów w Białym Domu, Pałacu Elizejskim czy przy Downing Street 10, ale w wyobraźni trudno umieścić którąkolwiek z tych osób w podobnym kontekście. Są jednak takie, które w nim umieścić można: Silvio Berlusconi albo Władimir Putin. Wątpliwe jednak, czy te porównania przynoszą Tuskowi chwałę.
Po co ta zabawa? Otóż po to, aby zrozumieć, co różni Donalda Tuska od liderów, których skłonni jesteśmy uznać za znaczących, poważnych, może nawet wybitnych, choćbyśmy się z nimi głęboko nie zgadzali. Każdy z nich brał władzę i sprawuje ją, pielęgnując jakąś ideę. Jasne, bez realnej władzy nie da się tej idei realizować, ale jej istnienie sprawia, że władza nigdy nie staje się rozkoszą dla siebie samej. Donald Tusk tymczasem nie pielęgnuje żadnej idei. Jest magmą, która wlewa się bez oporów w każde naczynie, jakie wykreują specjaliści od wizerunku i sondaży. Jest oczywiste, że polityka wymaga kompromisów i nie da się od początku do końca realizować własnej wizji. Jednak prawdziwych liderów od liderów plastikowych i magmowatych różni to, że mimo konieczności ustępowania i przystosowywania się są w stanie wskazać naczelną, prowadzącą ideę, której śladem starają się podążać. To jest możliwe w przypadku każdego z wyżej wymienionych przywódców.

Liderzy prawdziwi

George W. Bush prowadził wojnę z terroryzmem, jakkolwiek ułomnie, starając się umocnić przywództwo Stanów Zjednoczonych jako „rozsadnika demokracji". Jego następca wyznaczył całkiem inne priorytety, a choć powszechnie zarzucano mu plastikowość, trzeba przyznać, że konsekwentnie stara się przesuwać Amerykę w kierunku większego obyczajowego liberalizmu, w polityce zagranicznej przeorientowując się w kierunku Azji. Te kierunki są także czytelne. Angela Merkel, choć nie ogłaszała wielkiego ideowego manifestu, z godną podziwu konsekwencją od początku umacnia pozycję Niemiec jako najsilniejszego państwa Unii Europejskiej. Ostrożniej niż jej poprzednik, ale jednak dba o to, aby jej kraj stracił piętno winy za II wojnę światową i w następstwie stał się pozbawionym ograniczeń graczem na światowej scenie.  Silne i prawdziwie suwerenne (także w sensie duchowym) Niemcy – tak można najkrócej streścić ideę pani kanclerz. Wydawałoby się, że najbliżej magmowatości Tuska był Tony Blair ze swoją „trzecią drogą" i demonicznym piarowcem Alastairem Campbellem. Jednak Wielka Brytania dzięki swojej „osobności" wewnątrz Unii i specjalnym relacjom z USA zajmuje szczególne miejsce i strzeżenie tego dziedzictwa było zadaniem także laburzystowskiego premiera. Poza tym – w przeciwieństwie do Tuska – Blairowi starczyło odwagi na wprowadzenie choćby tak rewolucyjnej zmiany o charakterze konstytucyjnym, jak likwidacja dziedziczenia miejsc w Izbie Lordów. David Cameron jest bez wątpienia pragmatykiem, ale i jemu nie brakuje stanowczości, żeby przykręcić Brytyjczykom finansową śrubę w stopniu niezwykle bolesnym. To jest dziś główne zadanie konserwatywnego premiera i trudno mieć wątpliwości co do stopnia jego determinacji. Nicolas Sarkozy dochodził do władzy z jasnym przesłaniem wzmocnienia siły państwa, zwłaszcza wobec bandytów i chuliganów, niezależnie od ich etnicznego pochodzenia. We francuskich warunkach to problem dziesięciokrotnie poważniejszy niż polska walka Tuska z kibolami, bo dzieje się na styku kilku problemów: imigracji, gospodarki i działania wymiaru sprawiedliwości oraz policji. Zamiary udały się mu zrealizować w ograniczonym stopniu, jednak nadal stanowią one dominujący rys jego prezydentury.

Brak nawet ciepłej wody

W przypadku każdego liczącego się światowego przywódcy – nie wspominając o takich gigantach polityki, jak Ronald Reagan czy Margaret Thatcher – możemy przypisać mu jakiś naczelny ideowy rys, wokół którego skupiała się bądź skupia jego polityczna wola. Po drodze jest, rzecz jasna, wiele przystanków, meandrów, zakrętów i to jest w polityce całkiem normalne. Jednak ów rys jest jak azymut, wyznaczany przez kompas: droga, po której idziemy, może być kręta, czasem może nawet trzeba zawracać, ale wskazówka pokazuje nam cały czas generalny kierunek. A jaki jest generalny kierunek Donalda Tuska? Jeszcze na samym początku dobiegającej dziś końca kadencji Sejmu można było go ogólnie opisać, przynajmniej na podstawie deklaracji: minimalizacja państwa, zmniejszenie barier dla swobody gospodarczej, miękki konserwatyzm obyczajowy, niehisteryczna obrona polskich interesów międzynarodowych. Po czterech latach tamte deklaracje nijak się mają do rzeczywistości, a szef think tanku afiliowanego przy PO pisze, że siłą ugrupowania jest właśnie to, iż nie ma żadnego rysu ideowego. Sam Donald Tusk mówił kiedyś o zapewnieniu ciepłej wody w kranie, obrazując w ten sposób, jak wąską rolę jego zdaniem powinno spełniać państwo. Lecz „ciepła woda w kranie" to nawet nie państwo minimum, bowiem państwo minimum musi być w swojej minimalnej kompetencji nadzwyczaj sprawne. Państwo minimum mogłoby zresztą być ideą przewodnią prawdziwie liberalnego rządu, tyle że w polskich warunkach jego stworzenie to ambitny program, dalece przekraczający możliwości i chęci Donalda Tuska. Takie państwo musi bowiem mieć znakomicie funkcjonujący wymiar sprawiedliwości, musi zapewniać obywatelom fizyczne bezpieczeństwo i stabilne, przejrzyste prawo, aby mogli realizować swoje ambicje, a także dobrą infrastrukturę lub przynajmniej sprzyjające warunki do jej tworzenia przez prywatnych inwestorów. Żadnej z tych rzeczy państwo Tuska nie jest w stanie zapewnić. Ba, premier nigdy nie próbował takiego państwa na serio stworzyć. „Ciepła woda w kranie" może być zatem dzisiaj rozumiana nie w takim sensie, jaki chciał tej metaforze nadać lider PO, ale jako wypełnianie przez państwo swoich najbardziej rudymentarnych obowiązków, jako spełnianie przez nie najmniej ambitnych, najbardziej podstawowych zobowiązań wobec obywateli, co nie jest przecież żadnym powodem do chwały. To nie jest nawet zaczątek jakiejkolwiek idei. A i nawet o tę metaforyczną ciepłą wodę państwo PO nie jest w stanie zawsze zadbać, by wspomnieć choćby zeszłoroczną powódź.

Uzależniony od sondaży

Magmowatość Tuska doskonale wyjaśniają i naświetlają dwie książki na jego temat, które ukazały się w ostatnim czasie: wywiad rzeka z Januszem Palikotem oraz „Daleko od miłości" Pawła Reszki i Michała Majewskiego. Obraz premiera, jaki się z nich wyłania, komponuje się z obserwacją na temat braku jakiegokolwiek ideowego azymutu. Przewodniczący Platformy jawi się jako osoba lepiąca siebie na nowo pod wpływem kolejnych impulsów przychodzących z zewnątrz. Nie ma przesady w często powtarzanej ocenie, że jego prezentowane publicznie poglądy kształtują sondaże. Oczywiście, każdy polityk ma prawo się w nie wsłuchiwać. Rzecz w tym, do jakiego stopnia mają wpływ na najważniejsze decyzje. Można śledzić sondaże, żeby przy względnie małym społecznym sprzeciwie wprowadzić trudne do zaakceptowania, ale konieczne zmiany. A można też na ich podstawie tworzyć na bieżąco i z minimalną perspektywą cały program rządzenia. I tę drugą metodę stosuje Tusk. W poniedziałek może brzmieć jak skrajny liberał, we wtorek – jak lewacki radykał, w środę jak surowy konserwatysta, w czwartek jak umiarkowany centrowiec. W piątek i tak pojedzie do Sopotu i nie zrobi nic. Nie ma w tym nic z pożytecznego synkretyzmu – o ile taki w polityce w ogóle jest możliwy. To nie jest branie tego, co najlepsze, ale tego, co najlepiej będzie wyglądało w telewizji.

Nieprzewidywalna Platforma

W tej konkurencji Tusk przegrywa z Jarosławem Kaczyńskim o cztery długości. Poglądów Jarosława Kaczyńskiego można nie lubić, z wieloma można się nie zgadzać, ale jednemu nie da się zaprzeczyć: że w swojej diagnozie jest niezwykle stały, a wziąwszy władzę – starał się realizować wypływające z niej wnioski. Ze wszystkimi biorącymi się z nich błędami, takimi choćby, jak nadmierne kładzenie nacisku na personalia przy braku zaufania do instytucji. Skutek jest taki, że prezes PiS jest politykiem względnie przewidywalnym, podczas gdy kompletnie nie wiadomo, czego się można spodziewać po jego konkurencie. Nie jest też tak, że nie można się spodziewać niczego – co jeszcze może nie byłoby najgorsze. Czasami zdarza się, że jakiś doraźny, fatalny pomysł, mający służyć jako przykrywka poważniejszych problemów albo jako wabik na jakąś część elektoratu, zostaje jednak zrealizowany, jak stało się choćby z parytetami. A odejść od takich rozwiązań będzie trudno. W tym zawiera się paradoks sytuacji. Platforma usiłuje przedstawić PiS jako partię nieprzewidywalną, która może wyskoczyć z jakimiś zadziwiającymi działaniami. Tymczasem o prawdziwej nieprzewidywalności można mówić w przypadku lidera PO. Jak bowiem przewidywać, co zrobi polityk, będący jak lepka substancja, którą można wlać do butelki o dowolnym kształcie? Autor jest komentatorem dziennika „Fakt"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA