Styl życia

Mariaż antyku i klasycyzmu

Stadion Olimpijski w Atenach projektu Hiszpana Santiago Calatravy
East news/rex features
Turyści zachłystują się w Atenach schedą po starożytnych. Mieszkańcy miasta tęsknią do nowoczesności
Gdy wsiadłem do ateńskiego metra, spotkałem grecką boginię. Siedziała naprzeciwko. Czarne falowane włosy, ciemne oczy, silne ramiona, zaokrąglone kształty. I ten nos... Moja współpasażerka – antyczny kanon urody, klasyczna piękność. Była żywą kopią starożytnych rzeźb z muzeów, z Akropolu i zdjęć z podręczników historii. Bogini lekko się uśmiechała, nie przestając mówić do koleżanki. Nie rozumiałem ani słowa. Podejrzewałem, że obgaduje swojego chłopaka. Nike to, Afrodyta, a może Atena?
Stamatios, właściciel knajpki Zythos, do której codziennie zachodzę, szybko sprowadza mnie na ziemię. – Grecka bogini? – śmieje się do łez. – Klasyka piękności? Pewnie nie zauważyłeś, że ma owłosione ręce. A jak urodzi dzieci, to tak się roztyje, że nie poznasz swojej bogini. Moje zachwyty wywołują u niego kolejne salwy śmiechu. – Nie doceniacie swoich atutów – upieram się. – Cudowne kobiety, Akropol, wspaniała historia. Powinniście być dumni.
Stamatios rozlewa do szklaneczek ouzo. – Lepiej się napijmy. Może zobaczysz jeszcze jakąś boginię – opanowuje w końcu chichot. Gdy Grek nalewa ouzo, anyżową wódkę, zmieszane z wodą, zapowiada się dłuższe posiedzenie. Nigdzie mi się jednak nie spieszy. Od początku pobytu w Atenach dałem sobie spokój z bieganiem od zabytku do zabytku. Miłośników starożytności stolica Grecji najpierw doprowadza do zachwytu, by po chwili pogrążyć w rozpaczy. Co krok bowiem pojawia się tu jakiś antyczny skarb. Na każdej ulicy, w każdym zakątku, dzielnicy. A jest jeszcze kilka perełek za miastem – Maraton, pole bitwy decydującej o losach Europy, albo Eleuzis, miejsce tajemniczych misteriów, w których uczestniczyły tysiące ludzi. Nie da się tego wszystkiego obejrzeć za jednym zamachem. Pod tym względem gorszy jest tylko Rzym. Stamatios sprawia wrażenie, jakby kilkutysięczna historia Grecji nie robiła na nim wrażenia. Wygląda na to, że Grecy w ogóle mają dość nurzania się w starożytnym sosie. – Słuchaj, Michalis – gospodarz porzuca próby wymówienia mojego imienia i przechodzi na wersję grecką. – Nie mam nic przeciwko historii. To prawda, że mamy być z czego dumni. Ale starożytne zabytki to za mało. Trzeba stworzyć nową tożsamość miasta. Przydałoby się nam więcej nowoczesności.

Gwardziści na piaskach

Nowoczesność w Atenach jednak już była. Do dziś straszy na placu Syntagma i Omonia. Po wycofaniu się Turków w 1821 r. Ateny były zaledwie wioską, liczącą 7 tys. mieszkańców. 100 lat później było ich tu już pół miliona. Ludność napływająca do miasta w poszukiwaniu pracy i lepszego życia musiała gdzieś mieszkać. W latach 50. Ateny stały się więc wielkim placem budowy. Postmodernizm przybrał jednak w stolicy Grecji wyjątkowo brzydką postać. Powstały szerokie ulice z wysokimi na sześć pięter betonowymi budynkami, które zajęły miejsce wyburzonych eleganckich domów z minionych czasów. W efekcie o Atenach można dziś wiele powiedzieć, ale z pewnością nie to, że są ładne. By się przekonać, co zaprzepaszczono i jak miasto mogłoby wyglądać, wystarczy przejść się na główny plac w centrum – plac Syntagma. Stoją na nim dwa budynki, które jakimś cudem uniknęły modernizacyjnych zapędów budowniczych. Pierwszy to Grande Bretagne, imponujący hotel z XIX w., jeszcze do niedawna najbardziej luksusowy, ze wspaniałą fasadą i równie imponującą historią (to w nim odbył się nieudany zamach komunistów na Churchilla w 1944 r.). O jakości usług hotelu może świadczyć fakt, że doba w najdroższym apartamencie kosztuje 14 tys. euro. Drugim budynkiem jest grecki parlament, Wuli ton Ellinon (czyli Parlament Hellenów). Gigantyczna budowla zamykająca plac od wschodniej strony, przykład stylu neoklasycystycznego, powstała dla pierwszego króla niepodległej Grecji Ottona I, który wprowadził się do jej przestronnych pokojów w 1842 r. To właśnie przed Voulí odbywa się słynna zmiana warty evzónes – gwardzistów odzianych w dość komiczne stroje ze spódniczką i butami z pomponami. Ich krok, przypominający próby utrzymania się na powierzchni grząskich piasków, zawsze powoduje u oglądających go turystów pełne konsternacji uśmiechy. Komu mało dowodów na to, jakie mogłyby być Ateny, niech wybierze się na spacer ulicą Vissilis Sofia do dzielnicy Kolonáki. Wzdłuż traktu stoją neoklasycystyczne pałace, służące dziś za siedziby ambasad. Kolonáki to jeden z najlepszych, a więc także najdroższych adresów Aten. Świat markowych sklepów, wystaw jubilerów, kawiarni i lokali dla modnie ubranych ateńczyków, a trochę dalej na północ od Vissilis Sofia niebrzydkich kamienic i cichych uliczek. Jak na Ateny niewiele tu zabytków, co po ich kilkudniowym zwiedzaniu może się okazać nie lada zaletą.

Olimpijski wieloryb

– Nikt nie przyjeżdża do Aten dla nowoczesności, wszyscy przyjeżdżają dla historii – mówię Stamatiosowi. Polewa właśnie do filiżanek kawę – to krótka przerwa w piciu ouzo. – I tu się mylisz – żacha się. – Przyjeżdżają, bo mieliśmy olimpiadę. A olimpiada to nowoczesność. Prawo do zorganizowania letnich igrzysk olimpijskich w 2004 roku Ateny uzyskały na siedem lat przed inauguracją imprezy. Metropolia słynąca, oprócz Akropolu oczywiście, z wiszącego nad nią smogu, braku zieleni i gigantycznych korków ulicznych nie była gotowa, by sprostać oczekiwaniom sportowego świata. Skala koniecznych inwestycji okazała się ogromna. Dodatkowym problemem było, jakże nam bliskie, upodobanie Greków do załatwiania wszystkiego na ostatni moment. Zanim rozpoczęły się zmagania zawodników, trwał więc ekscytujący wyścig z czasem, a bukmacherzy przyjmowali zakłady, czy Grecja zdąży wybudować stadiony. Jakoś się udało, chociaż ostatnie poprawki odbywały się na kilka dni przed otwarciem imprezy, a gospodarze zdobyli mało chlubne zwycięstwo w kategorii: najdłuższe w historii przygotowania do olimpiady. O tamtych kłopotach dziś już jednak nikt nie pamięta. Pozostał za to piękny stadion i poprowadzona do niego nowa linia nadziemnego metra. Gdy stoję w ogromnej, otwartej dziś dla wszystkich wiosce olimpijskiej i patrzę na biały stadion z fantazyjnym szklanym dachem podpartym na ogromnych łukach, nie mam wątpliwości, że jego architekt Hiszpan Santiago Calatrava zaprojektował dzieło ponadczasowe. Podobną konstrukcję ma położony obok welodrom, a jakby tego było mało, Hiszpan otoczył teren wioski olimpijskiej kilkunastometrowymi białymi łukami przypominającymi szkielet wieloryba. To nowoczesny symbol miasta, który koniecznie trzeba zobaczyć. Po zakończeniu olimpiady okazało się jednak, że obiekt stoi niewykorzystany i przynosi nie tylko straty, ale szybko niszczeje. Dziś zarządzanie stadionem nieco się poprawiło – oprócz meczów Panathinaikosu Ateny odbywają się na nim koncerty, dwa lata temu zawitała tu Madonna, tego lata U2 – ale przyglądając się jego pokrytym rdzą i popękanym ścianom, widać, że obiekt był modernizowany w pośpiechu i niebawem będzie wymagał generalnego remontu.

Dźwigi na Akropolu

Olimpiada wyznaczyła Atenom nowy kierunek rozwoju. Przeprowadzone w ciągu kilku lat inwestycje sprawiły, że miasto powoli staje się przyjemnym miejscem do życia i oferuje coś więcej niż starożytne zabytki. Turyści i mieszkańcy mają dziś do dyspozycji nową czterokilometrową trasę pieszą przebiegającą przez centrum, znaleziska archeologiczne prezentowane w eleganckich gablotach na ulicach i stacjach metra, nowe muzea (m.in. nowoczesne Muzeum Akropolu), 140 scen teatralnych, kilka sal koncertowych. A przede wszystkim sporo przestrzeni, na której można wreszcie bez obawy o rozjechanie przez samochody uprawiać jogging, pojeździć na rowerze albo pospacerować. Odnowiono nawet dawny stadion panatenajski, o nieprzystającym do dzisiejszych wymagań wydłużonym kształcie i ostrych łukach, a jego koronę udostępniono miłośnikom biegania. – O tym właśnie mówię – Stamatios się ekscytuje. – Miasto musi żyć. Trzeba oddać je mieszkańcom i turystom, by z chęcią tu zostali i nie traktowali go tylko jako punkt przesiadkowy w wyprawie na wybrzeże. Ale teraz jest ten kryzys. Obawiam się, że inwestycje wyhamują i znów pozostaną nam tylko zabytki. Nowe trasy spacerowe w dzielnicach Monastiraki i Anfiotika stały się konkurencją dla słynnej Pláki. Teraz to także tam kierują się turyści, choć Pláka – dzielnica wąskich brukowanych ulic tuż przy Akropolu, zapełniona sklepami z pamiątkami, restauracjami z nagabującymi kelnerami i hotelikami – wciąż jest najpopularniejszym miejscem na spędzenie wieczoru. Ponadstuletnie kamienice, niegdyś domy dla ateńskiej klasy robotniczej i biedoty, dziś na tle postmodernistycznej betonowej zabudowy miasta zyskały na prestiżu. Popularność tej dzielnicy bierze się także z doskonałego widoku na Partenon na Akropolu – czy można lepiej spędzić wieczór niż popijając tu kawę i podziwiając jedną z najsłynniejszych budowli świata? – Można – stwierdza Stamatios. – Gdy nachodzi mnie ochota, by popatrzeć na Akropol, idę na Likawitos. Na to pełne zieleni wzgórze na północny zachód od centrum Aten w dzień można wjechać kolejką linową. Ateńczycy jednak wolą zwykle wieczorny spacer – idąca zakosami alejka prowadzi na sam szczyt, mijając kępy opuncji z fioletowymi słodko-kwaskowymi owocami, po które można sięgnąć, jeżeli nie boimy się setek igiełek wbijających się w dłoń. Z Likawitos rozciąga się widok na całe miasto i widniejące w jego tle morze. Najważniejszym punktem jest górujący od 2,5 tysiąca lat nad Atenami Partenon na skale Akropolu. Akropol należy dziś do turystów i naukowców. Ateńczycy pojawiają się na nim rzadko. Skupione na skale antyczne budowle, choć wciąż zachwycają, wzbudzają coraz większe kontrowersje. Partenon wciąż otoczony jest szpetnymi dźwigami. Od kilkudziesięciu lat nie można się uporać z jego renowacją. Oryginalne części budowli systematycznie zastępują kopie. Innego wyjścia nie ma, gdyż spaliny i wstrząsy spowodowane przez samochody sprawiają, że zabytki Akropolu rozsypują się niemal w oczach. Figury kariatyd podtrzymujące świątynię Ateny to kopia, sanktuarium Nike kilka lat temu rozebrano i dopiero tego lata postawiono po renowacji znów na miejscu, a Partenon zaczyna powoli wyglądać jak ciasto marmurkowe – coraz liczniejsze nowe elementy kontrastują kolorystycznie z oryginałami. Nie przeszkadza to milionom turystów co roku wspinających się na słynną skałę. Pytanie jednak, czy będą równie chętni do odwiedzin, gdy pozostanie im oglądanie kopii. Coraz częściej słychać więc głosy, że skoro oryginały i tak są już w większości w muzeum, może lepiej byłoby zrekonstruować greckie świątynie w całości, tak by wyglądały jak za czasów swojej świetności. Z pewnością łatwiej byłoby wtedy wyobrazić sobie oblicze starożytnego miasta.

Dzień na Omonia

Akropol widoczny jest niemal z każdego miejsca w mieście, jednak prawdziwe życie Aten toczy się nie na nim, lecz w zatłoczonych współczesnych dzielnicach, do których turyści nie zawsze trafiają. – Wiesz, ile razy w życiu byłem na Akropolu? – Stamatios dla odmiany polewa teraz frappe, kawę mrożoną. – Dwa. Raz ze szkolną wycieczką i drugi, gdy pokazywałem go znajomym z zagranicy. Za to prawie codziennie jestem na placu Omonia. Pod względem architektonicznym Omonia przegrywa na głowę z antyczną zabudową Aten. Na próżno szukać tu wspaniałych proporcji, lekkich linii, imponującego zamysłu projektantów. Betonowe wysokie budynki otaczają ruchliwy plac i chodniki pełne ludzi. Miejsce zostało zmodernizowane przed olimpiadą, nie dodało mu to jednak wdzięku. Obok wygodnych hoteli funkcjonują kluby ze striptizem, przy sieciowych marketach imigranci z Bliskiego Wschodu prowadzą tanie budki z kebabem, a jedząc kolację w którejś z nowoczesnych restauracji, z pewnością można zobaczyć krążące po ulicach prostytutki. Takie miejsca jak Omonia przypominają, że Ateny są nie tylko kolebką naszej cywilizacji i skupiskiem wspaniałych zabytków, ale także miejscem, gdzie toczy się zwykłe, nie zawsze łatwe życie. Czasem jednak można spotkać tam grecką boginię.    
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL